Basse-Terre – czyli góry na Gwadelupie

Gwadelupa składa się z kilku większych i co najmniej kilkunastu mniejszych wysp. Dwie największe tworzą coś na kształt motyla. Oddziela je cieśnina nazywana przez miejscowych Rivière Salée (Słona Rzeka). Patrząc od strony Europy, zachodnia wyspa to Basse-Terre. Jest górzysta, znajduje się na niej nawyższy szczyt Małych Antyli, będący jednocześnie czynnym wulkanem – La Soufrière.
Punktem wypadkowym do zwiedzania Gwadelupy było miasto Petit-Bourg. Po przylocie i zainstalowaniu się we wspomnianej mieścinie organizm odmówił posłuszeństwa. Dwie prawie nieprzespane noce, do tego zmiana klimatu, cofnięcie zegarka o 5 godzin i niezbyt wygodne, bo wąskie siedzenia w samolocie zrobiły swoje. Organizm domagać zaczął się snu, bardzo dużo snu. Ledwo starczyło sił na prysznic, do łóżka i spać. Pobudka wcześnie rano (w Polsce byłaby godzina 13. a na Gwadelupie 8.).  Śniadanie. Śniadnanie dość oryginalne bo europejsko-karaibskie. Składało się na nie przywiezione z Polski jadło niskokosztowego podróżnika (ładnie brzmi J) czytaj: trochę polskiego pasztetu, miejscowe owoce (banany, pomarańcze, mandarynki, mango, papaje, karambole) oraz doskonały, tutejszy, lekko słodki, bo z suszonymi owocami – chleb. Ponieważ zaś właścicielami przybytku, na którego tarasie piszę ten wpis są Adwentyści Dnia Siódmego, śniadanie byłoby bez kawy gdyby nie przywioziony z Polski zapas.
Pierwszym punktem zwiedzania jest stolica siostrzanej wyspy (Grande-Terre): Pointe-a-Pitre. Dostać można się tam (jak zresztą do większości miast Gwadelupy) autobusem. Koszt biletu zależny jest od długości trasy – w tym przypadku zaś to jedyne 1.30 euro. Niewiele bo odległość spora (prawie 20 kilometrów), a innego środka publicznego transportu nie ma. Gwadelupa charakteryzuje się bardzo ładnymi przystankami autobusowymi. Może to dziwna dygresja, ale dla kogoś przyzwyczajonego do polskich PKS-ów pierwszym pozytywnym wrażeniem przy zwiedzaniu są charakterystyczne, nawiązujące do wyspiarskiej tradycji, przystanki autobusowe. Pointe-a-Pitre nie jest miejscowością dużą. Właściwie to jest ono niewielkie i niewiele ma do zaoferowania turyście spragnionemu zabytków kultury i sztuki. Więcej na pewno znajdzie osoba, która podziwiać pragnie kolonialną architekturę lub interesuje się historią kolonialnego podboju Nowego Świata. Autobus zatrzymuje się przy jednej z głównych ulic miasta: Boulevard Faidherbe. Jest to dobre miejsce, aby rozpocząć spacer, podczas którego zwiedzić można wszystko co godne uwagi w mieście. Pierwsze kroki najlepiej skierować do Centrum Turystycznego (czytaj informacji turystycznej). Można tutaj zasięgnąć języka oraz dostać mapę miasta i co nie mniej istotne foldery z podstawowymi informacjami o wyspie. Informacja turystyczna mieści się w pięknym XIX wiecznym kolonialnym budynku. Jednym z najładniejszych w mieście. Niedaleko niej znajdują się dwa muzea: Świętego Jana oraz Schoelcher’a. To drugie zawiera cenną kolekcję dzieł sztuki. Idąc szlakiem tych muzeów dochodzi się do Katedry Świętego Piotra i Pawła (zdjęcie obok). Zbudowana w 1807 roku jest największą i najstarszą na wyspie. Przy katedrze znajduje się targ kwiatowy, a nieco dalej także targi: owoców, przypraw, ryb i ubrań. Warto tutaj się zatrzymać dłużej i nawet jeśli się nic nie kupi to zdjęcia na pewno będą wyglądać imponująco w domowym albumie (albo na bloguJ). Kilkanaście minut spacerem i dochodzi się do La Place de la Victoire (Plac Zwycięstwa). Historia tego miejsca sięga 1764 roku, co jak na Karaiby jest historią bardzo długą. Zwiedzanie zaostrza apetyt. Nauczony doświadczeniem sądziłem, że najtaniej będzie zjeść w McDonald. Co prawda niezbyt zdrowo, ale nieraz okazywało się, że tanio. Na Gwadelupie ta zasada się nie sprawdza. Hamburger kosztuje ponad 2 euro. Zestaw prawie 10 euro. Rezygnuję i wybieram smaczne i tanie miejscowe jedzenie. Po konsumcji powrót do Petit-Bourg. Chwila odpoczynku a po południu udaje się dotrzeć do jednego z ładniejszych (aczkolwiek nie największych na wyspie – ale o tym będzie dane się przekonać w kolejnym wpisie) wodospadów. Kąpiel w dość zimnej wodzie, przy dużym prądzie wywołanym spadającą wodą, na skalistym i chwilami bardzo ostrym dnie, jest niezapomnianym doświadczeniem. Cóż, takie uroki dzikiej przyrody. Zimno szybko przechodzi gdy tylko organizm przyzwyczaja się do temperatury. Można cieszyć się kąpielą. Jest ona dośc krótka bo… słońce na Gwadelupie zachodzi w kilka minut i to dość wcześnie, bo około 18.00. Ciemno, trzeba wracać do Petit-Bourg. Chyba jeszcze organizm nie przestawił się na minus pięć godzin. Zegarek pokazuje 8. W Polsce 1 w nocy i chce się spać. Prysznic, rozpięcie moskitiery, poczytanie, walka z moskitami przy użyciu elektrycznej packi, zamordowanie kilku krwiożerczych owadów (rano okaże się, że nie wszystkich czemu wyraz dadzą ślady ukąszeń i ból na łydkach) i można spróbować zasnąć. Rano czeka cała wyspa do odkrycia…

Comments

comments