Dookoła Basse-Terre, czyli plaże na wyspie, gdzie są głównie góry

Pobudka wcześnie rano. Organizm zaczął się powoli dostosowywać do zmiany czasu. Zmiana ta dla podróżnika, który chce dużo zobaczyć jest czymś bardzo pożytecznym. W Polsce mamy 12 w południe a tutaj 7 rano. Miło. Śniadanie na tarasie. Na bardzo wygodnym tarasie, z którego oprócz kwiatów można podziwiać enanuli (czyli jaszczurki, jak je nazywa gospodyni przybytku, do którego należy taras). Jaszczurka ta w języku kreolskim nazywana jest „zandolit” a po francusku po prostu „lézard”. Cóż, podobno Józef Piłsudski swojego psa także nazywał „pies”. Spotkania przy śniadaniu prezentuje zdjęcie obok. Śniadanie bardzo smaczne, pożywne, miejscowe – mieszanka słodko-kwaśno-słonych smaków. Po śniadaniu chwilę czytania, robienia notatek do bloga, naprawiania zamka w sfatygowanym plecaku i można ruszać na… na nabożeństwo do Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Oryginalny początek, ale niezwykle ciekawy i nieco konieczny – w końcu dziś sobota. Nie żebym był Adwentystą Dnia Siódmego (aczkolwiek odnieść można wrażenie, że żyją Oni zodniej z nauką Chrystusa niż katolicy – co jest wrażeniem dość powszechnym w tym sensie, że zazwyczaj przedstawiciele innych, znacznie mniejszych od katolicyzmu religii, są bardziej niż katolicy pobożni). Właściwie kim są Adwentyści Dnia Siódmego?Ten chrześcijański kościół wywodzi się z grona wyznań protestanckich, które powstało w wyniku przebudzenia adwentowego, jakie nastąpiło w pierwszej połowie XIX wieku w USA. Historycznie są oni spadkobiercami ruchu Wiliama Millera z lat 40. XIX wieku, za twórcę ruchu uważa się zaś pastora Hirama Edsona. W Europie pierwszym kaznodzieją adwentystycznym był… Polak: Michał Belina-Czechowski. Adwentyści Dnia Siódmego swoją doktrynę opierają na zasadzach: Sola Criptura, Sola Gratia i Solus Christus. Przedstawiciele tego ruchu odrzucają kult świętych, obrazów i figur. Uznają zasadę trynitaryzmu oraz trzy ustanowienia: chrzest przez zanurzenie, Wieczerzę Pańską oraz umywanie nóg. Ponieważ zaś mamy sobotę (biblijny szabat), to odbywa się nabożeństwo. Trwa ono długo (jak na standardy katolickiej Polski) bo ponad 3 godziny. Po nim trzeba coś zjeść, przepakować (naprawiony) plecak i można ruszać.

Dzisiaj dookoła Basse-Terre. Trzeba poznać wybrzerza, plaże bo jutro wspinaczka na najwyższy szczyt Małych Antyli – La Soufrière – jedyny czynny wulkan na wyspie i najwyższy jej szczyt. Pogoda śliczna. Gorąco. Zatem ruszamy. Kierowcą jest wiedzący niemal wszystko o wyspie, przybyły tutaj z Marsylli lata temu – Michelle. Michelle mimo swoich 78 lat jest kompanem, którego chwilami bardzo trudno dogonić w marszu, nie da się przegadać i niesposób nie polubić. Jedziemy powoli oglądając coraz to nowe plaże. Zaskakujące bo podobno jest ich tutaj niewiele. To złudzenie. Plaże nie tylko kamieniste, ale także „klasyczne” w wyobrażeniu Polaków, kiedy myślą o Karaibach tzn. złotopiaszczyste z palmami. Niestety pisanie o plażach ma to do siebie, że  znacznie przyjemniej na nich odpoczywać niż o nich pisać w sposób ciekawy bo… no właśnie. Służą do odpoczywania. Pierwszą plażą, na której się zatrzymaliśmy jest Plage de la Perle. To klasyczne wyobrażenie karaibskiego miejsca: biały piasek, palmy kokosowe pochylające się ku wodzie i mało turystów. Niedaleko od niej jest Plage de Grande Anse. Jednak jest ona o tej porze już oblegana turystów. Jadąc główną rogą mijamy Pointe-Noire – urocze małe miasteczko z przystanią rybacką, które ma w sobie coś z sielskiego klimatu. Charakterystyczną dla Basse Terre jest Plage de Malendura. Piasek jest tu prawie czarny i w słońcu mieni się srebrnymi drobinkami. Jest to typowe dla ziemi pochodzenia wulkanicznego, która przybiera bardzo ciemną barwę, a w szczególnych przypadkach różowawą. Z miejsca tego widać uroczą małą wyspę. Choć nie jest ona zbyt daleko, a plaże prezentują się tam obiecująco, to nikt z miejscowych nie udaje się tam po godzinie 16, bowiem wtedy na żer wyruszają wszystkie insekty. Przejeżdżamy przez Basse Terre, to duże, jak na warunki Gwadelupy miasto i jednocześnie stolica wszystkich wysp. W okolicach Plage de la Grande Anne zachodzi słońce. Teraz już tylko powrót do domu, bo bardzo szybko robi się tu ciemno. Kolacja, trochę czytam, znów walka z moskitami (elektryczna packa daje mi przewagę i zaczynam wygrywać – budzę się z mniejszą ilością ukąszeń), prysznic i można iść spać… intensywny duchowo, intelektualnie i fizycznie dzień.

Comments

comments