Najstarszy plac miejski w Wiecznym Mieście jest wizytówką Rzymu, jedną z ikon europejskiej kultury i… w gruncie rzeczy kupą dość chaotycznie rozrzuconych kamieni. Patrząc z któregoś z punktów widokowych, odnieść można wrażenie, że Forum Romanum jest nieco „przereklamowane”. W rzeczywiści mało elementów, które tutaj się znajdują, można rozpoznać „na pierwszy rzut oka” – jest to kłopotliwe nawet dla osób interesujących się starożytnością. Powodów tego jest kilka, ale najważniejsze z nich to fakt, że Rzym „starożytny” leżał kilkanaście metrów pod poziomem gruntu, na którym wznosi się współczesna stolica Włoch. Drugi powód to dość „gęsta” zabudowa tego „rynku” – jak czasami określa się starożytne forum. Poniżej jedna z rekonstrukcji, która obrazuje jak „puste” był teren placu w czasach jego świetności.

Forum Romanum rekonstrukcja

Po kolei jednak. Forum Romanum otoczone było przez sześć wzgórz: Kapitol, Palatyn, Celius, Eskwilin, Wiminał i Kwirynał. Generalnie na tym etapie opisu forum kończy się zwięzłość. Nie da się tego miejsca opisać ani krótko i dobrze, ani w sposób „do ogarnięcia” na mniej niż kilkadziesiąt stron. Pomyślałem, że temat „ugryzę” w taki oto sposób, aby nawet laik miał pożytek z miniprzewodnika po tym placu. Rzućmy najpierw okiem na mapę, która zobrazuje, gdzie leży jaka budowla – mapa dość „uproszczona” (niech mi mądrzy koledzy historycy starożytnicy wybaczą), ale pozwala „zorientować” się w temacie. Czytaj więcej

Zrzut ekranu 2015-06-27 o 23.26.26Poprzedni wpis stanowił mini-przewodnik po Kapitolu. Obejrzawszy to wzgórze ruszamy ulicą przy Palazo Senatorio i schodami dochodzimy do słynnego (trochę nie wiedzieć dlaczego) Więzienia Mameryńskiego. Tutaj przetrzymywano np. więźniów wojennych, zanim byli prowadzeni w czasie triumwów wodzów rzymskich (pochód przez miasto po zwycięskiej bitwie). Sławę zyskało ono głównie z uwagi na fakt, że więzieni tutaj byli święty Piotr (który miał ochrzcić strażników, co upamiętnia niewielka kaplica) oraz święty Paweł. Nie wiemy skąd pochodzi nazwa więzienia. W starożytności nazywane było Tylianum. Najbardziej powszechna teoria mówi, że miało ono pochodzić od słowa Tullianum, które urobiono od imienia króla Tuliusza Hostiliusza lub Serwiusza Tuliusza. Obecna nazwa „Mamertyńskie” pochodzi ze średniowiecza i urobiono ją najpewniej od tego, że niedaleko znajdowała się świątynia boga Marsa. Więzienie jest znane z uwagi na fakt, że przetrzymywano tutaj świętych Piotra i Pawła. Trzeba jednak powiedzieć, że dopiero tradycja chrześcijańska nadała temu faktowi doniosłe znaczenie. W starożytności  ich pobyt tutaj nie był jakoś szczególnie zauważany. Znacznie ważniejszymi więźniami, których tutaj przetrzymywano byli m. in. król Numidii Jugurta, Wercyngetoryks (niech mi przyjaciele wybaczą, że tylko go wspomniałem, a nie popełniłem jego biogramu) czy też Publiusz Korneliusz Lentulus Sura.

romeimperialfora2

Schodzimy Via dei Fori Imperiali i naszym oczom ukazują się Fori Imperiali (nie mylić w Forum Romanum!). Fori Imperiali to termin, którymi określa się szereg forów z czasów rzymskich: Forum Cezara i Forum Augusta, Forum Nerwy, Forum Wespazjana i Forum Trajana. Na obrazku wyżej podpisane po łacinie (zboczenie zawodowe 🙂 ).  Czytaj więcej

Jak odnaleźć w Rzymie starożytny Rzym? Teoretycznie nie powinno być problemu, czyż nie? Mamy Koloseum, a potem z górki. No niby tak, a jednak nie… Pozostałości po „starożytnych” Rzymianach, czyli tych z okresu między 776 rokiem przed Chrystusem a 476 rokiem po Chrystusie, wbrew pozorom nie ma aż tak wiele, a te które się zachowały często są dobrze ukryte. Ten i kolejne wpisy stanowić będą subiektywny przewodnik po Rzymie – tym starożytnym, ale nie tylko. Subiektywny znaczy zaś tyle, co „wybiórczy”. Nie da się zwiedzić Rzymu ani w tydzień, ani w miesiąc, ani nawet w rok. Z drugiej zaś strony, jeśli ktoś przyjeżdża na kilka dni (czyli większość turystów), musi jakoś w tym ogromie starożytności, historii i sztuki się odnaleźć. Temu, aby się nie zgubić z jednej strony, a z drugiej czas spędzić z pożytkiem, powstał ten i kolejne wpisy na moim blog.

ZASTRZEŻENIE: Ponieważ z wykształcenia jestem historykiem-starożytnikiem, posiadam szereg zboczeń graniczących wręcz z perwersyjnym zainteresowaniem pewnymi elementami historii Rzymu. Z drugiej strony posiadam pewne grono (jak oni ze mną wytrzymali) kolegów historyków-starożytników (niektórzy w stopniu profesora). Przybliżyć zaś chcę Rzym osobom, których wiedza o Rzymie ogranicza się do liceum i filmu „Gladiator”. Drodzy laicy niech zechcą przyjąć moje przeprosiny, jeśli będę zanadto wchodził w szczegóły, zaś ludzie nauki niech zechcą mi wybaczyć, że napisałem tak mało (o Rzymie wszak tylko min. kilkanaście tomów godzi się napisać – coś pomiędzy Theodorem Mommsenem a Edwardem Gibbonem), tak pobieżnie (co za amator! Nawet inskrypcji nie cytuje w oryginale!) i tak „nienaukowo” (a gdzie są przypisy, Panie Kolego?). Czytaj więcej

Samolot z Barcelony do Rzymu, dzięki kilku prostym technikom z Biblii Taniego Latania kosztował nas zaledwie 11 euro za dwie osoby. Niezbyt drogo a od kiedy Ryanair pozwala zabierać dwa bagaże podręczne nawet na bardzo długie wyjazdy można spokojnie obejść się bez bagażu rejestrowanego. Rzym powitał nas na godzinie 7 rano słońcem… Dojazd do centrum to koszt 5 euro. Autobus klimatyzowany i wyposażony w Wi-Fi. Wysiadamy w centrum miasta i… niemal od razu odczuwamy to, co mieszkańcy wiecznego miasta określają terminem pazienza. O tym „czymś” jednak będzie za chwilę, gdyż najpierw słów kilka o naszym hotelu.

Pierwsze kroki kierujemy do stacji metra i jedziemy do hotelu! Hotel, w którym się zatrzymaliśmy to Idea Roma Nomentana. Położony nieco na uboczu, ale bardzo blisko stacji metra. Normalna cena za to locum za 3 noce dla dwóch osób ze śniadaniami to około 1200 zł. My zapłaciliśmy zaledwie 16 zł za 3 noce dla dwóch osób, czyli… 2 zł za noc za osobę! Jak to możliwe? Wyjaśnienie w szczegółach zajęłoby kilkanaście stron maszynopisu (nie wiem ile to stron w przeglądarce internetowej), ale – najogólniej rzecz ujmując – udało się znaleźć i wykorzystać błąd w systemie rezerwacji hotelowych pewnego portalu internetowego. Potwierdzenie rezerwacji wraz z ceną prezentuje poniższy zrzut ekranu.

Zrzut ekranu 2015-06-19 o 16.50.40

Zameldowawszy się w hotelu ruszamy na spacer… krótki, bo jednak noc nieprzespana i trzeba nieco się zregenerować.

Jak zwiedzić Rzym? Zadanie jak na 3 dni skomplikowane (zwłaszcza dla historyka-starożytnika), niemniej próbę podjąć trzeba. Zanim jednak o zwiedzaniu to słów kilka o tym, co je najbardziej utrudnia i jednocześnie ułatwia. Chodzi o pewną, dość specyficzną, cechę mieszkańców Rzymu określaną słowem pazienza. Pazienza to słowo, które nie sposób przetłumaczyć na język polski. Jeśli wziąć słownik języka włoskiego, to ma ono oczywiście bardzo dokładnie objaśnione znaczenie. Pazienza jednak w Rzymie oznacza coś zgoła odmiennego niż słownikowa definicja. Rzym, można odnieść wrażenie, to największe na naszym globie skupisko zabytków. Tysiące lat historii, każdy kamień mógłby zostać wstawiony do muzeum. Mieszkańcy włoskiej stolicy tak bardzo przywykli to obecności historii, że jeśli próbować poruszyć ten temat przy kieliszku wina, to zaobserwujemy właśnie pazienza. Pazienza to przyzwyczajenie, które przechodzi w nudę i obojętność. To gest mówiący „to oczywiste, że wszędzie wokół przytłacza nas historia, ale żyjemy dziś tu i teraz”. Wizualnie pazienza to delikatne wzruszenie ramionami, wyraz obojętności i pewnej bezsilności. Dla Rzymian (tzn. współczesnych mieszkańców miasta) otaczająca ich historia może być skwitowana włoskim słowem ennui, co można przetłumaczyć jako „wieczna nuda”. Przytłoczeni historią starają się żyć dniem dzisiejszym. Nie jest jednak to życie łatwe. Mieszkańcy stolicy nie są – delikatnie mówiąc – lubiani w innych regionach Włoch. Doskonale oddaje to skrót SPQR. W starożytności rozwijało się go: Senatus Populusque Romanus. Obecnie mieszkańcy Italii mawiają: Sono Porchi Questi Romani, co można przetłumaczyć „co za świnie z tych Rzymian”.

Nasz spacer ma w swoim zamierzeniu pozwolić na powolne odkrywanie Rzymu Starożytnego w duchu pazienza. Nie, nie dlatego, że Rzym starożytny jest nudny. Pazienza dlatego, że… gdyby nie przyjąć a priori, iż zabytki są wszędzie i są czymś tak „normalnym”, że aż „nudnym” to najprawdopodobniej nie uszlibyśmy nawet 200 metrów dziennie, gdyż każdy kamień jest w Rzymie wart uwagi. Trzeba zatem przyjąć postawę pazienza i skupić się tylko na tych najważniejszych.

Pierwsze kroki kierujemy na Kapitol. Tutaj zaczął się jeden z najważniejszych etapów w historii Europy i trwał całe tysiąclecia. O tym jednak będzie już w kolejnym wpisie…

Wczesna pobudka i śniadanie. Sok pomarańczowy budzi równie skutecznie jak kawa. Warunek oczywiście musi być spełniony taki, że sok musi być świeżo wyciskany. Kilka minut przed 8 rano wyruszamy zwiedzać. Pierwszym celem na dziś jest spacer słynną : Barri Gòtic.

Barri Gòtic, czyli w języku katalońskim „dzielnica gotycka” to punkt obowiązkowy dla każdego turysty odwiedzającego Barcelonę. Nie da się zrozumieć tego miasta, nie da się zrozumieć Katalonii, Katalończyków bez wizyty tutaj. W tym miejscu starożytność spotyka się z nowoczesnością, a pomostem dla tego spotkania są wąskie średniowieczne uliczki, które zdobią dostojne gotyckie budowle. Wszechobecne zdają się być tutaj dźwięki hiszpańskiej gitary, co dodaje tej części miasta specyficznego uroku i niemalże filmowego klimatu przyprawiającego o dreszcz emocji. To w tej dzielnicy znajduje się administracyjne i polityczne centrum: ratusz, siedziba Generalitatu (czyli rządu) i oficjalna rezydencja prezydenta Katalonii.

Spacer zaczynamy od Plaça de Sant Jaume (Plac św. Jakuba). Stosunkowo łatwo dotrzeć do niego metrem. Wystarczy wsiąść w linię nr 4 i wysiąść na stacji Jaume I. Następnie ulicą o nazwie identycznej jak nazwa wspomnianej stacji metra udać się do naszego pierwszego celu.

Plac znajduje się w miejscu, w którym w czasach rzymskich istniało forum romanum. Tutaj krzyżowały się dwie główne ulice rzymskiego Barcino: biegnąca na linii północ-południe Cardo i Decumanus, przecinająca miasto na osi wschód-zachód. Colonia Julia Augusta Faventia Paterna Barcino (w czasach rzymskich miasto nosiło dokładnie taką nazwę) położone było mniej więcej w granicach dzisiejszej Barri Gòtic, na wzniesieniu noszącym nazwę Mont Taber (16,9 m n.p.m.). Trudno dostrzec, że dziś również znajdujemy się na wzniesieniu, ale wystarczy zwrócić uwagę na fakt, że przechadzając się uliczkami dzielnicy gotyckiej od czasu do czasu idziemy lekko pod górę, by innym razem było zupełnie odwrotnie. Plac swoją nazwę zawdzięcza kościołowi pod wezwaniem św. Jakuba, który stał w tym miejscu, a w 1823 roku został zburzony. Czytaj więcej

Obiad w Barcelonie zjedliśmy „na szybko”. Niestety pod tym kątem miasto jest dość drogie. Znaleźliśmy jednak bardzo przyzwoity fast food, gdzie za 3 kebaby + frytki (aby było jasne, całość na 2 osoby) zapłaciliśmy niecałe 10 euro. Bardzo przyzwoita cena, a czujemy się wręcz „przejedzeni” – w sumie nie dajemy rady zjeść wszystkiego. Po chwilowym odpoczynku ruszamy zwiedzać. Celem naszym jest słynne wzgórze Tibidabo. Większość turystów, aby dostać się do stacji kolejki linowej, która zabierze ich na szczyt, wybiera słynny niebieski tramwaj. Przejazd kosztuje 7 euro i nie ma najmniejszego sensu (ani nie stanowi atrakcji). Ponieważ nasze 4 dniowe bilety na całą komunikację miejską obejmują także autobusy, to… podchodzimy 30 metrów od przystanku tramwaju  na przystanek autobusowy i jedziemy w ramach naszego biletu autobusem, który (co nawet zabawne) jedzie dokładnie po tramwajowych szynach. Nie zalecam zatem przepłacać 7 euro, bo widoki są marne, a jedzie się de facto wolniej (co w naszym przypadku, przy ograniczonej ilości czasu, ma znaczenie niebagatelne). Na sam szczyt wzgórza można dostać się na dwa sposoby. Można spróbować podejść pieszo (lub dojechać samochodem) – w naszym wypadku, brak czasu to wyklucza. Można też za 14 euro podjechać kolejką linową, co zajmuje kilka minut (bilet w dwie strony).

Wzgórze Tibidabo ma wysokość 512 m. n. p. m., a jego nazwa pochodzi albo z łacińskiego tekstu, który jest cytatem z Ewangelii św. Mateusza: ”…et dixit illi haec tibi omnia dabo si cadens adoraveris me” albo też ze słów Ewangeli św. Łukasza: ”…et ait ei tibi dabo potestatem hanc universam et gloriam illorum quia mihi tradita sunt et cui volo do illa”. Skądkolwiek by nie pochodziła, oznacza ona “dam ci”, co wzięło się od słów, którymi diabeł kusił Jezusa. Nadali mu ją w XVI wieku bracia pustelniczego zakonu św. Hieronima. Wcześniej, jeszcze w średniowieczu, wzgórze to nosiło nazwę Mont Aguila – Góra Orła. Czytaj więcej

Wczesna pobudka. Jako jedni z pierwszych jesteśmy na śniadaniu. Nie jest może ono najbardziej różnorodne, ale smaczne i serwowane już od 6.30 rano. Po godzinie zwarci i godowi zmierzamy do stacji metra i po 20 minutach meldujemy się przy Plaça d’Espanya.

Placa EspaniaTo jeden z najważniejszych węzłów komunikacyjnych Barcelony, mierzący prawie 200 metrów średnicy plac wytyczony został u zbiegu ważnych szlaków komunikacyjnych miasta – Gran Via de les Corts Catalanes, Avinguda del Paral·lel, Carrer de la Creu Coberta i Carrer de Tarragona. Zbudowano go w roku 1726 na miejscu dawnego miejsca straceń. Ponieważ zaś natura ludzka wraz ze zbudowaniem placu się nie zmieniła i znajdująca się tutaj szubienica nadal bywała użyteczna, to została przeniesiona na miejsce nieistniejącej już dziś cytadeli. Obecny wygląd plac otrzymał w roku 1929, kiedy został przebudowany i „upiększony” z okazji wystawy światowej, która odbywała się właśnie w tym roku w stolicy Katalonii. Własnie z okazji tego wydarzenia w centrum placu wzniesiono wysoką na 33 metry Font dels Tres Mars (Fontannę Trzech Mórz). Fontanna jest hołdem oddanym wodzie, jako źródłu życia, oraz trzem morzom oblewającym brzegi Półwyspu Iberyjskiego. Wyobrażono na niej także trzy rzeki w postaci rzeźb z marmuru, które symbolizują przepływające przez Hiszpanię Ebro, Tag i Gwadalkiwir. Fontannę zdobią także rzeźby z brązu, ale one z kolei stanowią alegorię trzech cech/umiejętności, które były szczególnie cenione w chwili budowy fontanny. Są nimi: umiejętność nawigacji, zdrowie oraz materialny dostatek. Czytaj więcej