IMG_0543Mamy szczęście. Ogromne szczęście! Wylądowaliśmy w Barcelonie po 17.00 w hotelu jesteśmy po 18.30, szybki prysznic i biegiem do miasta! Dlaczego biegiem? Otóż dziś Noc Muzeów, a co za tym idzie, możemy za darmo (gigantyczna oszczędność, nawet 40 euro na jednym obiekcie!) zwiedzać. Wybraliśmy na nasze locum hotel Ibis Cornella. Hotel, jak na 3 gwiazdki, bardzo przyzwoity. Śniadania smaczne, Wi-Fi dobrze działa. Lokalizacja nieco poza centrum miasta, ale przy ostatnim przystanku linii Metra. W 20 minut można dojechać do Plaça d’Espanya, czyli do jednego z węzłów komunikacyjnych Barcelony. Cena normalna za hotel to około 60 euro za dobę dla 2 osób + śniadania. W sumie około 75 euro za dobę. My zatrzymaliśmy się tutaj na 3 noce, ale… zamiast średniej ceny, tj. 220 euro za 3 noce ze śniadaniami, zapłaciliśmy zaledwie 112 euro! Oszczędziliśmy połowę! Każdy zaś, kto miał okazję nocować w Barcelonie, wie, że hotele dobrej jakości są tutaj niestety drogie. Znów przydała się wiedza z Biblii Taniego Latania – więcej o tym hotelu napiszę w osobnym wpisie.

Zatem rzucamy rzeczy i do miasta. Najpierw spacer po Rambli, a następnie zwiedzanie jednego z najbardziej niezwykłych muzeów Barcelony – Museu Nacional d’Art de Catalunya. Mieści się w Palau Nacional, którego oświetlony gmach widzimy już z Plaça d’Espanya. 

Pałac został jego siedzibą w 1934 roku z inicjatywy jego pierwszego dyrektora, Joaquima Folch i Torresa. Historia tego muzeum, jako instytucji, sięga jednak końcówki XIX wieku, kiedy w ramach rozwoju ruchu Renaixença, zaczęto interesować się tym, by ocalić i zachować dla potomności spusciznę artystyczną Katalonii. Proces ten rozpoczął się wraz z ustanowieniem Museu d’ Antiguitats de Barcelona (Muzeum Antyków w Barcelonie) z siedzibą w Kaplicy św. Agaty przy Pl. del Rei w 1880 roku. Później powstało Museu Municipal de Belles Arts (Muzeum Miejskie Sztuk Pięknych) w 1891 roku. Po wybuchu wojny domowej, w obawie o los kolekcji, większa jej część została wysłana do miejscowości Darnius i Olot w Katalonii oraz do Paryża.

Czytaj więcej

1Wczesna pobudka w Sandander. Chcemy jeszcze rano wybrać się na spacer po promenadzie…. o 12 łapiemy za 5 euro autobus na lotnisko i po 20 minutach meldujemy się znów na niewielkim, aczkolwiek bardzo ładnym porcie lotniczym obsługującym Santander. Szybka (aczkolwiek dość archaiczna) kontrola bagażowa (nie mają tutaj taśm i trzeba własnoręcznie kroczyć ze swoim pojemnikiem, do którego wrzucić należy wszelkie drobiazgi większe i mniejsze + komputer, aparat, kamerę… zaraz? Ciężkie to pudło jednak) i czekamy na samolot do Barcelony. Bilet w Ryanair dzięki niezawodnej Biblii Taniego Latania kosztuje nas zaledwie 9,68 euro za 2 osoby (zrzut ekranu poniżej). Cena normalna: około 220 zł za 2 osoby! Samolot jest wypełniony niemal do ostatniego miejsca. Trudno się dziwić – nawet jeśli płacić normalną stawkę, to i tak wychodzi taniej i niepomiernie szybciej niż pociągiem.

Zrzut ekranu 2015-06-02 o 15.51.06
Czytaj więcej

Noc była krótka. Zasnęliśmy przed północą (ech to pakowanie się), a autobus na lotnisko Stansted mieliśmy zakupiony na 4.15 rano. Kochany EasyBus pozwolił za parę groszy dojechać dwóm osobom. Nasz hotel leży jakieś 500 metrów od przystanku autobusu nocnego. Wychodzimy o 3.30, łapiemy autobus. Przemierzamy, siedząc na górze, nocny Londyn, by po kilkunastu minutach wysiąść niedaleko przystanku EasyBusa, skąd odjedziemy na lotnisko. Odnalezienie przystanku nie jest rzeczą najprostszą – na szczęście mamy GPS i dzięki uprzejmości kierowcy busik nie o 4.15, ale o 4.00 zabiera nas na lotnisko. Gdy na nie docieramy, już świta… Szybki załadunek do samolotu i lecimy do Hiszpanii. Bilety kosztowały nas 6.96 euro za dwie osoby (cena normalna w naszym terminie wynosiła ponad 50 euro za 2 osoby!) – zrzut ekranu poniżej. Znów Biblia Taniego Latania pozwoliła zaoszczędzić i to bardzo dużo!

Zrzut ekranu 2015-05-30 o 13.20.09

Samolot linii Ryanair ląduje przed czasem, tak że o 10.00 czekamy już na autobus. Aby dojechać do miasta, najwygodniej skorzystać z autobusu lotniskowego. Koszt przejazdu to 5 euro. Autobus odjeżdża sprzed hali przylotów, a zatrzymuje się na dworcu kolejowym w Santader – niemal w centrum miasta. Nasz hotel znajduje się dosłownie kilkaset metrów od dworca kolejowego. Idealnie. Maszerujemy do hotelu, zostawiamy rzeczy, szybki prysznic i ruszamy zwiedzać!

Santander ma do zaoferowania turyście sporo. Z pozoru miasto to typowy kurort nad Zatoką Biskajską, niemniej położenie w niezwykle ciekawym z historycznego punktu widzenia miejscu oraz fakt, że turyści mimo wszystko nie zaglądają tutaj tak często, jak np. do nieodległego Bilbao, sprawia, że jest tutaj jeszcze wiele do odkrycia.

Zwiedzanie rozpoczynamy od nadmorskiej promenady. Kilkuminutowy spacer i skręcamy nieco w głąb lądu. Naszym oczom ukazuje się katedra. Katedra Nuestra Señora de la Asunción to najważniejszy zabytek w mieście i jedna z najważniejszych świątyń w tej części Hiszpanii.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAHistoria katedry jest związana nierozerwalnie z historią miasta i w pewien sposób z historią religii chrześcijańskiej jako takiej. Santander zostało założone w czasach Imperium Rzymskiego na wzgórzu nazywanym Cerro de Somorrostro. Samo miasto nosiło wówczas nazwę Portus Victoriae Iuliobrigensium, a jego zadaniem było zapewnienie transportu dóbr między innymi z Brytanii przez tutejszy port na południe Europy i docelowo do samego Rzymu. Na miejscu rzymskich umocnień na wzgórzu (pierwotnie otoczonym fosą) w VIII wieku wzniesiono kościół. Zbudowano go jako miejsce wiecznego spoczynku relikwii świętych Emeteriusza i Kaledoniusza. Święci ci byli żołnierzami. Zginęli w czasie prześladowań za czasów cesarza rzymskiego Dioklecjana. Zostali oni ścięci, a ich głowy od IV wieku miały być ukrywane w mieście najpierw w obawie przed barbarzyńcami, a następnie czczone jako relikwie w niewielkiej kapliczce. Nawiasem mówiąc, to najprawdopodobniej  od imienia Emeteriusza (łac. Santemter) urobiono także nazwę miasta jakie zaczęło rozwijać się wokół zbudowanego w miejscu dawnych rzymskich umocnień kościoła. W wieku XII zbudowano przy niewielkiej jeszcze świątyni klasztor. Został on ufundowany pod wezwaniem „świętego ciała” (Abadía de los Cuerpos Santos). Królowie Alfons VII i Alfons VIII (panowali w XII wieku) dokładali starań, aby nadać miejscu pochówku świętych odpowiednią rangę. Zapadła wówczas decyzja, aby niewielki kościółek rozbudować – w ten sposób powstała współczesna katedra. W dwunastym wieku zbudowano dolną część świątyni. Całość ukończono w wieku XIV, kiedy zbudowano górne kondygnacje. Kompleks klasztorno-katedralny robi spore wrażenie. Spacerując wewnątrz, można odpocząć na krużgankach i ogrodach, które w przeszłości zajmowali mnisi. Warto zwrócić uwagę na nagrobki wmurowane w ściany i podłogi. Kilka zdjęć ilustrujących katedrę… Czytaj więcej

O rekinach, które pływały w Londynie, bezkręgowcach i ich wpływie na zwyczaj picia przez Anglików herbaty

Intensywny pierwszy dzień pozwolił nam zwiedzić większość interesujących miejsc, które można obejrzeć z zewnątrz i kilka miejsc od środka – np. kościoły. Dzień drugi poświęcimy na muzea. Pierwszym z nich będzie słynne Muzeum Historii Naturalnej. Wybraliśmy taki szlak zwiedzania nieprzypadkowo, zakończymy zwiedzanie na równie znanym British Museum. Dlaczego? Otóż znajduje się ono przy samym hotelu, w którym mieszkamy.

Muzeum Historii Naturalnej jest niezwykłe. Piękny gmach, wzniesiony na jego potrzeby, skrywa skamieliny, ścieżki edukacyjne i… dinozaury. Zanim jednak zagłębimy się w jego odmęty, kilka słów napisać trzeba o samym Londynie oraz o tym, skąd w gruncie rzeczy wzięły się tutaj dinozaury.  Będzie to o tyle ciekawe, co pomocne w zrozumieniu nie tylko historii geologicznej (ale potworek językowy!) Zjednoczonego Królestwa, ale objaśni także nieco, o co chodzi z herbatą i miłością, którą doń żywią Anglicy. Londyn leży w niecce, którą bardziej fachowo nazywa się „Kotliną Londyńską”. Jakieś 50 milionów lat temu był tutaj sporej wielkości ocean, w którym pływały rekiny. W oceanie, jak to w oceanie, oprócz rekinów żyły inne stwory, mniejsze i większe, ale jakoś do mojej wyobraźni przemawiają rekiny. Skąd zaś wiem o rekinach? Otóż w Muzeum Historii Naturalnej w Londynie znajduje się bardzo ładna mapa miasta. Na mapie zaznaczono, gdzie i jakie skamieliny znaleziono w czasie różnego rodzaju bardziej i mniej przypadkowych prac, czy to archeologicznych, czy to budowlanych. W jednym miejscu kawałek wielkiej ryby, w innym hipopotama czy tygrysa szablozębnego. To jednak było później. Zanim przyszło ocieplenie i ocean wysechł, na terenie Londynu pływały rekiny, i ich szczątki można znaleźć na całym terenie Kotliny Londyńskiej. Z biegiem czasu ląd zaczął się wypiętrzać, a ocean wysychać. Żyjące tutaj bezkręgowce (i rekiny!) zostały uwięzione w bardzo grubej warstwie gliny. Dziesiątki tysięcy lat procesów chemicznych doprowadziły do tego, że wapno ze skorupek zwierzaków (co się stało z resztkami rekinów niestety nie wiadomo) wymieszało się trwale z gliną i powstała w ten sposób słynna w czasach nowożytnych (mniej więcej od XVII wieku) „londyńska glina”.  Czytaj więcej

Hotel (za 74 zł za 2 noce zamiast za ponad 2100 zł) położony jest w samym centrum miasta, tuż przy British Museum. O tym, jak zorganizować sobie tak ekstremalnie tani, a jednocześnie niemal „luksusowy”, pobyt napisałem w tym wpisie. Po odświeżeniu się, rozpakowaniu i chwili odpoczynku wracamy na Soho Squer. 

Kierujemy się ku Covent Garden. Jego nazwa pochodzi od średniowiecznego ogrodu klasztornego, który tutaj się znajdował. Jeszcze w XX wieku był to największy targ uliczny w Londynie. W latach 70. targowiska zamknięto i przerobiono na galerie handlowe. Przy placu znajduje się kościół im. św. Pawła nazywany często „kościołem aktorów”, gdyż właśnie ta grupa społeczna upodobała sobie tę świątynię. Jeśli ktoś ma czas, może zajrzeć do stworzonego w dawnej hali targowej London Transport Museum. My rezygnujemy, gdyż czas trochę goni. Po drugiej stronie placu wznosi się potężny gmach Royal Opera House. Gmach Opery Królewskiej – najważniejszy tego typu w Anglii. Co prawda oryginalny gmach spłonął w roku 1808, a obecna konstrukcja pochodzi w gruncie rzeczy z końca XX wieku (przeprowadzono wówczas gruntowny remont), ale i tak robi wrażenie.  

Spacerujemy ku ulicy Pall Mall. Naszym celem jest przechadzka po niej oraz równoległej Piccadilly, czyli słynnym Piccadilly Circus. Tutaj skupiają się najdroższe sklepy i najbardziej ekskluzywne butiki. Nie brakuje jednak także zabytków i miejsc ciekawych z historycznego punktu widzenia. Ulica Pall Mall bywa też nazywana ulicą „klubów dla gentelmenów”. Na jej początku wznosi się, na Waterloo Place, pomnik księcia Jorku Fryderyka. Od XVIII wieku w klubach leżących wzdłuż Pall Mall spotykają się tutaj najbardziej wpływowi Brytyjczycy płci męskiej. Kobiety miały, i mają nadal, zakaz wstępu do klubów. Kluby zajmują prawą stronę ulicy. Po lewej ciągnie się zbudowany w gregoriańskim stylu Carlton House Tarrace, jeden z najbardziej luksusowych szeregowców świata. Niegdyś mieszkali tutaj arystokraci.  Na końcu ulicy Pall Mall, w miejscu gdzie skręca ona w St. James’s St. wznosi się St. James’s Palace czyli Pałac świętego Jakuba. Zbudował go dla siebie, w roku 1540, król Henryk VIII. Pomiędzy Pall Mall a Piccadilly wzniesiono w XVII wieku St James’s Square. Gentelmeni po rozmowach w klubach mogli tutaj odpocząć czy zaczerpnąć świeżego powietrza. Wkraczamy w końcu na słynną ulicę Piccadilly. Spacer wśród najdroższych sklepów jakoś nie jest zbyt fascynujący, no ale skoro wizyta w Londynie bez obejrzenia ich oferty nie może być uznana za udaną… 🙂 Architektura niektórych z budowli, które sięgają nawet XVIII wieku, jest interesująca chwilami bardziej niż ekspozycje towarów wystawionych na sprzedaż.  Czytaj więcej

Samolot z Poznania do stolicy Wielkiej Brytanii odleciał punktualnie. Niestety, było ciasno. Dość dawno nie latałem Wizzair i już trochę zapomniałem, jak wygląda przestrzeń na nogi między fotelami dla kogoś, kto ma ponad 2 metry wzrostu. Na szczęście nieco przysypiałem i podróż minęła szybko. Lotnisko Stansted powitało nas pięknym słońcem. Tak jak pisałem w poprzednim wpisie, najtańszym sposobem dostania się do miasta jest skorzystanie z minibusów EasyBus. Bez trudu odnaleźliśmy przystanek. Okazało się, że mamy szczęście! Kupiliśmy bilety na godzinę 9.15 (były najtańsze). Ponieważ jednak w busie na godzinę 8.30 były wolne 2 miejsca, to kierowca nas zabrał. Półtorej godziny walki z korkami i wysiadamy. Marszem do metra i już jesteśmy w miejscu, z którego zaczniemy zwiedzanie, na Trafalgar Square.

Moim zdaniem nie ma lepszego miejsca, aby zacząć poznawanie Londynu. Plac upamiętnia zwycięstwo floty brytyjskiej  pod dowództwem admirała Nelsona w jednej z najważniejszych bitew morskich w historii – pod Trafalgarem. Bitwa nie była być może „duża” jeśli idzie o ilość okrętów biorących w niej udział, ale zarówno z punktu widzenia konsekwencji, jakie przyniosła, oraz historycznego nie sposób przecenić znaczenia tego starcia zbrojnego. Była to ostatnia wielka bitwa żaglowców. Brytyjskie okręty nie tylko pokonały eskadrę Napoleona, ale także położyły kres panowaniu na morzach ogromnych żaglowców. Trafalgar zamyka okres chyba najbardziej romantycznego podboju oceanów, który zaczął się tysiące lat temu, w dobie Fenicjan i rozpowszechnienia się żagla. Przez wieki żaglowce z większym lub mniejszym szczęściem pokonywały oceany. Z nimi wiążą się największe i najbardziej spektakularne odkrycia geograficzne, najbardziej znani awanturnicy i najbardziej niezwykłe historie. Żaglowcami dowodzili Krzysztof Kolumb, Ferdynand Magellan czy Czarnobrody. Najbardziej romantyczna i najbardziej awanturnicza z epok zakończyła się bezpowrotnie. Kolejne lata to okres parowców… Wróćmy jednak do starcia z 21 października 1805 roku. Walczyło wówczas ze sobą 59 okrętów wojenny. Brytyjczycy mieli ich 27, a Francuzi pod dowództwem Pierre’a  de Villeneuve 33. Błyskotliwy manewr taktyczny polegający na tym, że flota brytyjska w dwóch kolumnach zaatakowała rozciągnięte w półłuku statki hiszpańsko-francuskie (zob. grafika niżej), pozwolił Nelsonowi zwyciężyć – sukces przypłacił jednak własnym życiem. Trafalgar wszedł do brytyjskiej świadomości narodowej jako jeden z jej fundamentów. Po raz pierwszy w dobie nowożytnej istniało realne zagrożenie, że obce wojska staną na brytyjskiej ziemi, jednak zostało ono odparte. Bita pod Trafalgarem stała się początkiem hegemonii Brytyjczyków na morzach świata, walnie przyczyniając się do powstania brytyjskiego imperium kolonialnego, które w okresie największego rozkwitu obejmowało 1/4 wszystkich lądów na naszym globie.

TrafalgarBattle Czytaj więcej

Londyn to z turystycznego punktu widzenia jedno z najdroższych miast Europy. Najdroższe są tutaj hotele, transport czy jedzenie. Można jednak, przy odrobinie kreatywności, za 2 dniowy pobyt, który normalnie kosztowałby nas na dwie osoby około 3 000 zł (hotel + przelot + transport) zapłacić około 120 zł. O tym, jak to się robi, będzie w tym wpisie. Pobyt w Londynie zaplanowałem w taki sposób, aby mieć całe 2 dni na zwiedzanie.

Londyn jest pierwszym etapem naszej krótkiej majowej podróży po Europie. Poniżej zestawienie kwot, jakie musielibyśmy wydać na hotel, przeloty, transport z lotniska oraz porównanie ile realnie zapłaciliśmy. Zestawienie zawiera także wskazówki, jak powtórzyć to, co nam udało się uzyskać. 

1. Hotel (76 zł zamiast 2 100 zł):

Zatrzymaliśmy się w czterogwiazdkowym The Morton Hotel. Najniższa cena za noc (rezerwacja z dużym wyprzedzeniem, min. 1 miesiąc) wynosi około 1010 zł (zależnie od kursu funta). Za dwie noce musielibyśmy wydać około 2100 zł. Hotel udostępnia pokoje tylko w nielicznych systemach rezerwacyjnych, gdyż jego położenie (tuż przy British Museum) oraz doskonałe opinie sprawiają, iż prawie zawsze jest tutaj komplet gości. Strona internetowa hotelu: https://www.mortonhotel.co.uk. Poniżej cena za pokój w naszym terminie z multiporównywarki HotelsCombined. Jak widzimy, zarezerwować można jedynie na stronie hotelu. Żadne portale pośredniczące w rezerwacji hoteli, np. Booking czy HRS, nie mają tego hotelu w ofercie.

morton strona hotelu

My zapłaciliśmy zaledwie… 20 dolarów, czyli około 76 zł!

Jak to możliwe? Otóż pewien amerykański serwis internetowy, który służy do rezerwacji hoteli zaoferował następującą promocję. Za zarejestrowanie się na ich stronie internetowej otrzymałem 25 dolarów. Dodatkowo za każdą osobę, która z mojego polecenia zarejestrowałaby się w tym serwisie otrzymywałem 10 dolarów. Maksymalna liczba referali (osób, które mogły się zarejestrować) wynosiła 50! 50 x 10 dolarów = 500 dolarów + 25 dolarów „za wpisowe na wejściu). W sumie otrzymałem kupon zniżkowy na 525 dolarów (1 947 zł – kurs dolara z dnia 29.04.2015). Nazwa serwisu: StayFull.com i nadal można w nim skorzystać z tej oferty! Wystarczy kliknąć TUTAJ i się zarejestrować!  Poniżej zrzut ekranu z naszej rezerwacji. Widać, że uwzględniono na niej kupon rabatowy! Luksusowy hotel przy samym British Museum za grosze! Najlepsze jest to, że na samej komunikacji miejskiej (np. biletach na metro) zaoszczędziliśmy więcej, niż kosztował nasz hotel. Dlaczego? Otóż dojazd spoza ścisłego centrum z jakiegokolwiek hotelu do centrum miasta w dwie strony metrem to koszt około… 20 funtów (ponad 110 zł!). Za hotel zaś zapłaciliśmy 20 dolarów (74 zł!).

hotel londyn Czytaj więcej