Jedną z najpiękniejszych górskich dróg w Ameryce Południowej ku oceanowi…

Zimno. Bardzo zimno. Czwarta rano to niezbyt dobra pora na to, aby wychodzić spod kilku warstw koców w nieogrzewanym hotelu w La Paz. W sumie czwarta rano nie jest dobrą porą, aby robić cokolwiek poza spaniem (no może z wyjątkiem powrotu do domu po długiej podróży). Jakie to szczęście, że mamy blisko do dworca i w dodatku „z górki” – myślę sobie i ta myśl nieco motywuje do wygrzebania się z ciepłego do zimnego. Brr… Udaje się w końcu wyjść spod kilku warstw bardzo grubych koców i kołder (ach ta wełna lamy… taka ciepła, gdy się pod nią śpi) i można wyruszyć. Bardzo, bardzo trudno na tym zimnie się poruszać. Docieramy dość szybko na dworzec i… mamy problem ze znalezieniem autobusu. Okazuje się, że autobus najtańszy jest często… ustawiony najdalej. Jeszcze jeden drobiazg (wyjątkowo irytujący) – trzeba zapłacić parę miejscowych groszy podatku „za korzystanie z terminala autobusowego”. To dość powszechny zwyczaj w tej części świata, że za to, iż korzystamy z dworca autobusowego musimy zapłacić. Na szczęście drobnych mamy zapas – na granicy będzie trzeba także zapłacić za to, że możemy opuścić Boliwię. W końcu ruszamy. Ciemno – pięknie prezentuje się położone w górach La Paz po zmroku. Nie ma może zbyt wielu świateł, które się palą (ulice nie są wszędzie oświetlone), ale widok jest niesamowity… Autobus, którym jedziemy nie jest ani nowoczesny, ani zbyt wygodny. Da się wytrzymać. Wschód słońca. Strasznie mocno świeci słońce na tej wysokości. Mimo że nasz przewoźnik nie należy do najlepszych firm tego typu w tej części świata, to na darmową kawę, herbatę i bułeczkę zawsze można liczyć. Kawa zaś jest boliwijska, czyli 1/3 kubka i to wystarczy, aby nie spać dwa dni. Mocna i pobudzająca. Po około 2 godzinach jazdy zaczynają się coraz ciekawsze widoki. W końcu… zbliżamy się do granicy. Granica zaś jest nie tylko mało uczęszczana (90% ruchu to transport ciężarowy), ale też… przepięknie położona. Widziałem wiele granic między państwami, ale tak niezwykłej i niesamowicie położonej wśród górskich wulkanów nie ma chyba nigdzie indziej na świecie.

Wysiadamy z autobusu kilkaset metrów przed punktem kontroli granicznej. Kierowca naszego automobilu ma spore poczucie humoru – zimno, mało tlenu i musimy maszerować ku przejściu granicznemu. Granicę obowiązkowo należy przekroczyć pieszo. Najpierw strona boliwijska. No dobrze, najpierw czas na robienie zdjęć, bo widoki urzekają. Trzeba odstać swoje na zimnie, starając się wypełnić dokumenty. Przy wyjeździe z kraju teoretycznie powinniśmy zapłacić kilkanaście boliwiano. Niestety celnicy „nie mają jak wydać reszty”. A że z boliwijskim (podobnie jak z każdym innym) celnikiem lepiej się nie kłócić (no dobrze z polskim celnikiem nie tylko należy, ale nawet trzeba się kłócić – o tym w przyszłości napiszę więcej). Poza tym panowie w imigration office sprawiają takie wrażenie, że jakoś nie bardzo chce mi się dyskutować z powodu kilku złotych dodatkowej łapówki (tzn. prezentu). Wracamy z opieczętowanymi paszportami do autokaru. Podjeżdżamy kilkaset metrów i kontrola po stronie Chile. Tutaj nieco bardziej „europejsko”, czyli: prześwietlanie bagażu (w poszukiwaniu żywności, której wwozić do Chile nie wolno); obwąchanie przez pieska: w celu nie wiem do końca jakim, ale piesek miał zabawę; niezbyt twórcza dyskusja z celnikami o tym, że mam ponad 2 metry wzrostu (co było nawet zabawne, gdyż poczynili zakłady i musieli koniecznie moje wymiary ustalić, aby dowiedzieć się, kto zgarnia pulę). W końcu ruszamy. Widoki nadal niesamowite. Góry, wulkany, rozlewiska. Jedziemy przez park narodowy. Pięknie i pusto. Nagle, po około 40 kilometrach jazdy, korek. Korek na środku pustyni, w górach. Przecież to nie ma prawa się zdarzyć. Teoretycznie nie ma prawa, ale w praktyce… Drogi w górach Ameryki Południowej są wąskie. Nawet bardzo wąskie. Trudno, aby były inne, gdyż budowa ich wymagałaby gigantycznych nakładów pracy. Zadaniem drogi zaś jest umożliwienie transportu ludzi i towarów z punktu A do punktu B. Z tej perspektywy wąska droga ma ten plus, że po pierwsze buduje się ją znacznie szybciej niż drogę szeroką, a po drugie w przypadku np. lawin błotnych czy śniegowych, łatwiej taką drogę udrożnić i ewentualnie naprawić. Mamy zimę, więc zapewne jakieś kamienie osunęły się i zablokowały przejazd. Stoimy. Piękne widoki sprawiają, że można wybrać się na spacer, obejrzeć wąwóz, na skraju którego biegnie droga i… zwymiotować ze strachu, że tak wysoko (tak przynajmniej czyni znacząca część pasażerów). Dziękować Najwyższemu, że mam mocny żołądek i lęku wysokości nie posiadam. J Spaceruję między stojącymi pojazdami. Głownie tiry, samochody na poły transportowe, niektórzy pokonują tę trasę nawet rowerem z ogromnymi przyczepami, które na logikę nie powinny nawet drgnąć, gdy tak maleńki rower je ciągnie. Trochę próbuję zagadnąć miejscowych – wszyscy wykazują się stoickim spokojem. Na pytanie „Ile jeszcze postoimy, jak myślisz?” zazwyczaj słyszę „Niedługo, maksymalnie kilka godzin” – południowoamerykańskie poczucie czasu jest doprawy urzekające. W końcu ruszamy. Autobus toczy się powoli, daje się odczuć, że osiągamy poziom ponad 4 tysięcy metrów nad poziomem morza. Przesilenie i… powoli zaczynamy jechać w dół. Zupełnie inaczej pokonuje się Andy w tej części Ameryki Południowej. Mija około godzina i nagle krajobraz zmienia się zupełnie. Andy mamy po swojej prawej stronie po lewej zaś rozciąga się płaska niczym stół równina. Dalej są wzniesienia, a za nimi już ocean. Jak przyjemnie po prawie dwóch tygodniach na pustyni i w górach znów poczuć oddech morza. Przyjemnie, ciepło, można wrzucić zimową kurtkę i poncho do walizki. Powoli zbliżamy się do jednego z najbardziej niezwykłych miast Chile, raju dla surferów – przed nami Arica. Wysiadamy na dworcu i mamy kilka godzin na zwiedzenie miasta, wypoczynek na plaży. Późną nocą ruszamy bowiem na południe. O tym jednak będzie w kolejnym wpisie…

 

Comments

comments