Polonnaruwa – kamienne miasto mnichów, posągów, ruin i Umarłego Buddy…

Budzi nas stukot kropel deszczu o falistą blachę, z której wykonano zabezpieczenia okien naszego „prawie bungalowa”. Siódma rano. Mrówki zaatakowały! Strzepujemy je z pościeli i wygrzebujemy się spod moskitiery. Trzeba się wykąpać (tzn. podjąć próbę, bo nie wiadomo, czy bieżąca woda jest w kranie) i spakować. Plan na dziś mamy bardzo, ale to bardzo ambitny. Chcemy dotrzeć do słynnej Polonnaruwy, ogromnego kamiennego miasta ruin, stup i mnichów, a także, a może przede wszystkim, majestatycznego posągu Umarłego Buddy. Dlaczego zaś plan jest ambitny? Z jednej strony ogrom do zobaczenia, a z drugiej wieczorem mamy autobus, który zabierze nas do kolejnego punktu w naszym planie eksploracji Sri Lanki. Póki co jednak, trzeba się zebrać w sobie, pośpieszyć i wsiadać do Tuk-Tuka. Dogadaliśmy się z kierowcą, że za 5 tysięcy rupii wynajmujemy jego pojazd wraz z nim samym i zabierze on nas do Polonnaruwy. Nieco drogo, ale kierowca po pierwsze zapewnił, że zna cały kompleks archeologiczny (mówił prawdę, jak się potem okazało) i że pokaże nam wszystkie warte uwagi miejsca oraz nieco o nich opowie (no z tym opowiadaniem to nie było najlepiej J). O 7.30 meldujemy się przy Tuk-Tuku i ruszamy. Po drodze zatrzymujemy się przy znajomej piekarni, aby zakupić śniadanie i kolejną godzinę spędzamy w drodze do celu naszej podróży, zajadając się miejscowymi przysmakami. Podróż mija miło, nie pada, wiatr zapewnia miły chłód. Nieco za mocno przygrzewa słońce jak na tę porę dnia, ale dzięki temu po drodze można poobserwować dzikie słonie, które wygrzewają się o poranku.

Dokąd my właściwe zmierzamy. Co jest w tym ogromnym mieście ruin, że przyciąga turystów z całego świata? Aby zrozumieć, dlaczego jest ono tak wyjątkowe, trzeba w pierwszej kolejności poznać historię Polonnaruwa. Miasto stanowi symbol niegdysiejszej potęgi królów Sri Lanki. Jest to też jedno z najważniejszych centrów religijnych na wyspie i, co nie bez znaczenia, stanowi ono powód do historycznej dumy dla każdego Lankijczyka.

DSC_9808Historia tego miejsca sięga X wieku. Wszystko zaczęło się w roku 993 po Chrystusie, kiedy to hinduski król Rajaraja Chola I zrównał z ziemią stolicę Sri Lanki Anuradhapurę. Opanowawszy wyspę, nowy władca przeniósł się na stałe do Polonnaruwy, która wcześniej była letnią rezydencją lankijskich królów. Rozpoczął on także zakrojony na szeroką skalę program rozbudowy nowej stolicy. Z tego okresu pochodzi m. in. hinduistyczna świątynia boga Sziwy. Nie cieszył się przybyły z Indii władca nazbyt długo swoimi włościami. Król Sri Lanki Vikkamabahua zreorganizował swoją armię i rozpoczął kontrofensywę, usuwając wojska hinduskie z wyspy. W pełni docenił on strategiczne położenie Polonnaruwy i zamiast odbudowywać stolice w Anuradhapura – osiadł tutaj na stałe. Wzniesiono wówczas m. in. „Świątynię Zęba Buddy”. Największy rozkwit osiągnęła Polonnaruwa w okresie panowania króla Parâkramabâhu I Wielkiego w latach 1153-1186. Stworzył on otoczone potrójnym murem bajkowe miasto-ogród, w którym pałace i świątynie były wtopione w krajobraz. Z okresu jego panowania pochodzi także Lankatilaka, potężna ceglana budowla z zachowanym wielkim posągiem Buddy oraz Gal Vihara, klasztor z zespołem wielkich rzeźb skalnych. Jeden z jego następców, król Nissanka Malla, zbudował jeszcze jedną imponującą budowlę – Rankot Vihara, jest to stupa o średnicy 175 metrów i o wysokości 55 metrów. Niestety, świetność miasta trwała zaledwie 200 lat. Problemy ekonomiczne oraz najazdy nieprzyjaciół sprawiły, że nie najlepiej położona strategicznie Polonnaruwa była łatwym celem do zdobycia. Utraciło ono status stolicy, ale pozostało bardzo długo nie tylko duchowym i kulturalnym centrum Cejlonu, ale także miejscem, gdzie chętnie przebywali królowie Sri Lanki, aby odpocząć czy też oddać się medytacji.

Dojechaliśmy w końcu na teren kompleksu archeologicznego. Docieramy pod budynek muzeum. Tutaj kupujemy bilety, które upoważniają nas do zwiedzenia muzeum, kompleksu archeologicznego oraz posągów Buddy w „mieście mnichów”. Bilet kosztuje 25 dolarów amerykańskich za osobę. Można zapłacić w rupiach, ale jakoś to nieco mniej opłacalne, gdyż cena w rupiach została ustalona, gdy dolar był na innym poziomie kursowym i obecnie taniej wychodzi płacić właśnie w amerykańskiej walucie.

Zwiedzanie rozpoczynamy od muzeum. Jest to jedno z najlepszych muzeów na Cejlonie. Zostało zbudowane przez Holendrów pod koniec XX wieku w ramach międzyrządowej współpracy kulturalnej. Rozpoczęcie zwiedzania kompleksu od wizyty w muzeum ma jeden ogromny plus. Zgromadzono tutaj modele wszystkich ważniejszych budowli, jakie zbudowano w dawnej stolicy. Makieta ma duże rozmiary i pozwala porównać miasto z XII wieku z tym, co po nim zostało, a co dziś możemy zwiedzać. Oprócz obejrzenia makiety miasta warto też przespacerować się korytarzem, na ścianach którego wiszą fotografie prezentujące zabytki w latach 70. i 80. XX wieku tj. zanim rozpoczęto prace archeologiczne i konserwacyjne na ich terenie. Można w pełni docenić jak ogromną pracę włożono w to, aby pokazać ogrom Polonnaruwy. W końcu na szczególną uwagę w muzeum zasługują sale „klimatyzowane”. W nich przechowuje się najcenniejsze znaleziska odkryte w czasie wykopalisk, które w przeważającej mierze wykonane są ze złota i srebra oraz szlachetnych kamieni. Misterność biżuterii zdumiewa, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że technika jej produkcji była bardzo prymitywna.

Opuszczamy muzeum. Nasze kroki kierujemy do Parakrama Samudra – wielkiego basenu zbudowanego przez króla Parakamabahu, który panował w połowie XII wieku. Basen robi spore wrażenie, a przy nim już czeka nasz kierowca w Tuk-Tuka. Wiezie nas do ruin świątyni Potgul Vihara. Obejrzeć tu można imponującą stelę prezentującą władcę Sri Lanki, który w jednej ręce trzyma księgę, a w drugiej zwój – symbole mądrości i roztropności. Kika zdjęć i ruszamy obejrzeć cytadelę. Kilka minut jazdy Tuk-Tukiem i kontrola biletów. Strażnik odrywa odpowiednie kwitki z naszych kart biletowych i możemy kontynuować podróż. Zatrzymujemy się przy ruinach pałacu króla Parakramabahu. Można wejść do środka i zobaczyć to co zostało z budowli. Mimo zniszczeń wywołanych wojnami oraz upływem czasu nadal niektóre znajdujące się tutaj elementy, np. pozostałości po sztukateriach robią duże wrażenie. Znów kilka zdjęć i wracamy do Tuk-Tuka – trochę „japońska” wycieczka nam się dziś robi, ale niestety, doba nie jest z gumy, a ogromnie wiele chcemy dziś zobaczyć. Celem naszym kolejnym jest cytadela z basenami kąpielowymi, które zachowały się w świetnym stanie. Główny basen był cudem techniki inżynieryjnej w chwili powstania i do dziś jest częściowo przynajmniej sprawy. Zaprojektowano go tak, aby nigdy nie wysychał, a woda w nim była zawsze chłodna. System kanałów zasilał basen wodą (po oczyszczeniu) z rzeki. System odpływowy częściowo działa i woda ma ujście. Obejrzawszy basen wspinamy się klatką schodową do gmachu, który – jak informują tablice informacyjne – zajmowała rada królewska, która pomagała władcy w sprawowaniu rządów. Przed wejściem do pozostałości budowli znajduje się świetnie zachowany kamień księżycowy. Umieszczono na nim dwa najważniejsze zwierzęta, które pojawiają się w symbolice związanej ze Sri Lanką: lwa oraz słonia. Zachowały się pozostałości po tronie królewskim oraz miejsca przeznaczone dla członków jego rady. Zgodnie z legendą liczyła ona 18 członków, a zasiadali oni na kamiennej ławie w pewnym oddaleniu od władcy. Każdy członek rady miał swojego sekretarza, który był pośrednikiem między nim a królem.

Obejrzawszy przybytek wracamy do Tuk-Tuka, a kierowca wiezie nas do Świątyni Penisa Śiwy. Nazwa tego przybytku sprawia, że wielu turystów od tego miejsca rozpoczyna zwiedzanie J. Przechodzimy przez bramę w kamiennym murze i wchodzimy na obszerny plac. Wcześniej rzecz jasna trzeba zdjąć buty, zakryć ramiona i kolana – dłuższe spodenki są nieocenione. Z placu przechodzimy przejściem do miejsca, gdzie przechowywany jest kamień, który ma być penisem boga Śiwy. Przy głazie znajduje się studzienka. Do niej spływają płyny, którymi obmywa się penisa w czasie ceremonii hinduistycznych. Miejsce jest tyleż ciekawe, co dość kłopotliwe w oglądaniu, gdyż jest dość tłoczno. Co charakterystyczne, kamienny penis przyciąga równie wielu przybyszów z Europy, co miejscowych. Ci pierwsi ku zdziwieniu tych drugich poczytują sobie niemal za punkt honoru sfotografowanie się z boskim przyrodzeniem…

Opuszczamy śiwowego penisa, zabieramy sandały i jedziemy do Quadrangle. Nazwę tego miejsca można tłumaczyć jako „Świątynny Czworokąt”. Znajdują się tutaj najważniejsze obiekty tworzące dawne królewskie miasto. Pierwszym z nich jest Tuprama. Ta buddyjska świątynia została zbudowana po odzyskaniu miasta przez króla Sri Lanki. W przeszłości znajdował się tutaj najbardziej wyszukany posąg buddy na Cejlonie. Zamiast oczu miał ogromne szafiry, a wykonany był ze złota. Niewiele zostało z pierwotnej świątyni. Kilka posągów i mury. Mimo to należy jednak przed wejściem zdjąć buty i, co nie mniej istotne, zakryć kolana i ramiona. Sprawdza się to tutaj wyjątkowo skrupulatnie. Obejrzawszy ruiny ruszamy do leżącej obok innej budowli. To Vatadage, która charakteryzuje się tym, że jest okrągła, ma cztery wejścia, a przed każdym stoją dwie stele z wizerunkami bogów. Obok tej świątyni obejrzeć można ruiny pozostałości po pierwotnej świątyni „Zęba Buddy” – Atadage. Wzniósł ja król Vijayabhu. Jego następca Nissankamalla uznał, że świątynia nie jest godna tego, aby w niej przechowywano tak cenna relikwię jak ząb buddy i zbudował obok nowy przybytek: Hatadage. Obok niej obejrzeć można kamienną księgę, która waży „zaledwie” (tak przynajmniej twierdzą przewodnicy) 90 ton. Król Nissankamalla nie omieszkał polecić, aby bardzo dokładnie wyryto inskrypcje mówiące o jego wspaniałych dokonaniach.

Miasto Mnichów…

W końcu, po długim zwiedzaniu docieramy do serca dawnej Polonnaruwy, słynnego Miasta Mnichów. Czas upływa stanowczo zbyt szybko, tak wiele tutaj zabytków a tak zegarek wskazuje już 13.00… Miasto Mnichów. Ta część kompleksu jest zupełnie inna, jakby bardziej „uduchowiona”. Docieramy zatem w końcu tutaj. No może z tym „docieraniem” to nie tak od razu, bo trzeba przejechać spory kawałek Tuk-Tukiem po drodze oglądając jedną z największych (50 metrów wysokości) stup na Sri Lance: Rankot Vihara. Kilka zdjęć i kierowca wysadza nas na parkingu, tuż przy ścieżce prowadzącej do „Miasta Mnichów”. Najpierw oglądamy pozostałości świątyni Lanka Thilaka, w której znajduje się ogromny posąg Buddy. Czas bardzo brutalnie się z nim obszedł i postument jest pozbawiony głowy. Świątynia jest jedyna w swoim rodzaju. Zbudowano ją na zasadzie „stupy” tzn. jej ściany stopniowo zwężają się ku górze, aby skrzyżować się nad głową posągu Buddy. W przeszłości, wczasach świetności musiała to być imponujący widok. W środku jest dość ciemno, a trzeba zdjąć buty i okryć kolana i ramiona, aby wejść do środka. Kilka zdjęć i wychodzimy po drugiej stronie przybytku a naszym oczom ukazuje się imponująca śnieżnobiała stupa: Kiri Vihara. W przeszłości była otoczona ona setkami domów dla mnichów. Obecnie zostały z nich ruiny i… nagrobki w kształcie stup, które przypominają o niegdysiejszych mieszkańcach tego miejsca.

Obejrzawszy okolice stupy ruszamy do największej atrakcji Polonnaruwy jaką stanowi bez wątpienia Gal Vihara. Gal Vihara to chyba najważniejsza świątynia buddystów na Sri Lance. Można oczywiście twierdzić, że inne jej dorównują lub przewyższają (wielkością posągów czy liczbą odwiedzających), ale w żadnej nie da się wyczuć takiej mistycznej atmosfery jak tutaj. W sumie znajdują się cztery posągi Buddy. Każdy jest trochę inny. Każdy ma w sobie coś wyjątkowego i każdy jest obiektem dość „specyficznego” kultu… Pierwszym posągiem jest tzw. Budda Umierający. Jest on długi na 14 metrów. Obok tegoż posągu znajduje się siedzący budda tzw. „Budda Współczujący”. Dalej znajduje się posąg Buddy Samadhi. Posąg jest niewielki i umieszczony we wnęce. Nie należy jednak dać się zwieść jego rozmiarem, gdyż otacza się go szczególną czcią. Obok niej znajduje się czwarty posąg Buddy – dość nietypowy, niemniej darzony względami przez wyznawców. Oglądamy, robimy zdjęcia (z tym akurat trzeba bardzo ostrożnie, gdyż nie wolno do posągów Buddy stawać tyłem!- czuwa na tym uzbrojony żołnierz) obserwujemy zachowanie przybywających tutaj ze swoistymi pielgrzymkami ludzi. Patrzę na zegar i z przerażeniem stwierdzam, że za niecałe 2 godziny mamy autobus! Szybkim marszem do Tuk-Tuka i wracamy do hotelu. Jeszcze szybszym marszem – no dobrze, biegiem – po walizkę, plecaki i kierowca zabiera nas do „przystanku autobusowego”. Przystankiem jest zaś umowne miejsce przy głównej drodze przebiegającej przez miasto przy której zatrzymują się autobusy…

Comments

comments