Sigirija – kamienne serce Sri Lanki…

Trudno wyobrazić  sobie wizytę na Cejlonie bez zwiedzenia chyba najbardziej znanego w świecie zabytku jaki się tutaj znajduje. Jest nim Sigirija – gigantycznych rozmiarów, wysoka na 180 metrów skała, na szczycie której znajdował się pałac królewski oraz warownia obronna. Nasza podróż do Sigiriji zaczęła się w Kandy. Jak zwykle pobudka wcześnie rano i wizyta na targu. Następnie żwawym krokiem ruszamy na dworzec autobusowy. No dobrze, niezbyt żwawym, bo owa żwawość zakończyła się na „drzwiach” Tuk-Tuka. Nie chodzi bynajmniej o to, że jesteśmy leniwi i iść się „nie chciało”, ale czasu nam szkoda, a ceny Tuk-Tuków są bardzo niskie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nie jest najprostszą rzeczą znaleźć dworzec autobusowy i pojazd nas interesujący. W Kandy generalnie działają dwa dworce autobusowe. Pierwszy to „local bus station”, z którego jeżdżą autobusy wszędzie, ale nie dalej niż 30-40 km od miasta. Drugi to „intercity bus station”. Aby było zabawniej obydwa znajdują się po dwóch stronach jednej drogi, a otoczone straganami są dość trudne do odnalezienia (i rozróżnienia). Kierowca Tuk-Tuka zaś bezbłędnie je identyfikuje. Z drugiej strony znaleźć „jakikolwiek” autobus w Kandy to żaden problem. Wręcz przeciwnie, trzeba bowiem przed autobusami niemal uciekać. Dziesiątki, setki pojazdów, niczym pszczoły wokół ula, krąży w okolicach dworca kolejowego (i jak tu nie dać się rozjechać?!). My na szczęście nie musimy uprawiać slalomu między pojazdami z bagażami. Wysiadamy niemal pod autobusem. Międzymiastowy autobus do Dambula kosztuje 200 rupii za osobę. Pojazd wygodny, klimatyzowany. Do tego musimy dopłacić 400 rupii za bagaż – nasza walizka i plecak zajmują dwa miejsca siedzące. W sumie więc 800 rupii za przejazd, który potrwa ponad 2 godziny. 25 złotych za całość… nieźle. A gdyby nie nasz bagaż, to przejazd kosztowałby nas po jakieś 6 zł za osobę. Klimatyzacja spisuje się doskonale, bus ma niezłe zawieszenie – prawie w ogóle się nie obijamy na lankijskiej drodze. Jedynym minusem, jak ze wszystkim na Sri Lance, jest to, że… trochę mało tu miejsca przy moim wzroście. Jednak Lankijczycy są znacznie niżsi niż 7 stóp.

Gdy docieramy do Dambula zastaje nas ulewa. Straszny deszcz. A, że w mieście nie ma przystanku autobusowego jako takiego, wysiadamy przy głównej drodze. Bardzo szybko dopada nas kierowca Tuk-Tuka z parasolem i oferuje podwózkę do hotelu. Koszt: 100 rupii. Umawiamy się, że następnego dnia za 1500 rupii (nie obyło się bez targówJ) zabierze nas do parku archeologicznego, który obejmuje Sigiriję. Tymczasem mamy wolne popołudnie na zwiedzenie miasta, zrobienie zakupów i… odpoczynek w hotelu. Tym razem hotel nie ma ani gwiazdek (nie licząc tych na niebie), ani wygód (nie licząc środków chemicznych na mrówki), ani też ciepłej wody (generalnie z wodą jest krucho). Jest za to przy dżungli, jest cicho wokół i bardzo tanio.

Hotel w dżungli… Ktoś mógłby powiedzieć, że na Sri Lance to nie bardzo są dżungle. Może to i prawda. Zatem niech będzie hotel w „tropikalnym lesie”. W sumie chyba nawet lepiej brzmi. Wilgotno, bardzo wilgotno, a do tego pada. Siedzimy na tarasie, obserwujemy las, słuchamy jego odgłosów. Popijamy arrack z importowaną Coca Colą. Robi się coraz ciemniej, zaczynają doskwierać moskity. Pora wejść do pokoju, rozłożyć moskitierę, powalczyć z mrówkami. Siadam na łóżku, wytrząsam bagaż. Chcę jeszcze napisać kilka słów na blog i… niemiła niespodzianka. Laptop niestety nie przeżył dość sensacyjnej podróży połączonej z wilgotnością powietrza dochodzącą do 100%. Niestety… odmówił posłuszeństwa. Warunków zaś, aby naprawić – brak. Spróbuję w bardziej „cywilizowanych” warunkach – myślę sobie, ale zaraz przychodzi refleksja, że tutaj nie ma jak tego naprawić, nie ma czym i w końcu (co chyba najważniejsze) śmierć wygląda na definitywną. Zrezygnowany, naciągam moskitierę zgodnie ze sztuką, sprawdzam, czy aby żaden robal się nie przeciśnie i możliwie przez jak najmniejszy otwór sam wślizgam się do środka. Zasypiać pod moskitierą, słuchając odgłosów tropikalnego lasu… jakie to romantyczne, czyż nie? No tak, bardzo romantyczne, przynajmniej na poziomie „teorii” lub książek podróżniczych. W praktyce wygląda to nieco inaczej. Proza życia (przynajmniej tej nocy) wygląda mniej więcej tak. Bardzo trudno zasnąć, bo duszno. Oczywiście można by kupić droższy pokój z klimatyzatorem, ale to mogłoby oznaczać np. zapalenie płuc. Jakoś mój układ oddechowy nie lubi gdy śpię w 20 stopniach, a potem nagle wychodzę do 34 stopni i dużej wilgotności. Moskitiera. Jest takie dziwne poczucie w części polskiego społeczeństwa, że spanie pod moskitierą to coś „egzotycznego” wręcz „luksusowego”. Prawdopodobnie przemożny wpływ na takie pojmowanie tego tyleż praktycznego, co niewygodnego kawałka materiału miała literatura (np. Arkady Fiedler) oraz kino czasów PRL-u. W praktyce trzeba zaś powiedzieć, że spanie pod moskitierą niekoniecznie jest przyjemne. Ja co prawda nie mam nic przeciwko (wręcz przeciwnie – pod moskitierą odpoczywam psychicznie, gdyż czuję się „na wakacjach”), ale obiektywnie rzecz biorąc, spanie pod namiotem po którym chodzą robaczki (a jak się ma 2 metry wzrostu to jakoś trudno przez sen tego namiotu nie rozkopać nazbyt długimi odnóżami), który czasami ogranicza przewiew powietrza (którego to przewiewu i tak prawie nie ma w tej wilgotności) i dodatkowo czasami niezbyt ładnie pachnie (moskitiery wszak nie pierze się codziennie), może nie należeć do najprzyjemniejszych. Powoli, mimo wszystko, udaje się jednak zasnąć… Wczesna pobudka. Mrówki zaatakowały nocą naszą walizkę. Krótka walka z nimi i można ruszać na Sigiriję. Umówiliśmy się z naszym kierowcą na godzinę 8.30. Jest punktualnie. Po drodze kupujemy śniadanie w lokalnej piekarni. Jemy w Tuk-Tuku, a sama podróż zajmuje około godziny. W końcu wjeżdżamy na teren Parku Archeologicznego. Docieramy na miejsce nieco „przewiani” – kierowca chyba za wszelką cenę chciał pokazać, do jakich prędkości potrafi rozpędzić się jego pojazd. Trzeba kupić bilety. Koszt: 25 dolarów za osobę. Bilet obejmuje samą skałę, grotę dziewic, muzeum oraz możliwość zwiedzania okolicznych pomniejszych stanowisk archeologicznych.

Pierwsze kroki kierujemy do muzeum. Muzeum Sigirija zostało otwarte w roku 2009. Osobiście aktu tego dokonał prezydent Sri Lanki Mahinda Rajapakse. Muzeum jest bardzo przestronne. Osobną salę zarezerwowano na wystawienie przeniesionych tutaj z sali dziewic, fresków kobiet. Warto nie śpieszyć się ze zwiedzaniem, gdyż tylko tutaj można obejrzeć artefakty znalezione na skale. Spacerujemy między wystawami, oglądamy znaleziska. W końcu zatrzymujemy się przy potężnej makiecie Sigiriji w czasach świetności. Na planie 3D jakoś nie wygląda tak imponująco, jak w rzeczywistości. Można by pomyśleć wręcz, że wspinaczka na szczyt nie będzie niczym trudnym…

Po zwiedzeniu muzeum ruszamy na skałę! 180 metrów pionowej ściany, a wchodzić trzeba niejako „dookoła” tego potężnego kamyczka. W tym miejscu warto napisać, czym właściwie jest Sigirija…

Ten ogromny kawał magmy jest pozostałością po wulkanie, który zapadł się setki tysięcy lat temu. Widać go z bardzo dużej odległości, gdyż leży na płaskowyżu. Król Kasappa, który panował w drugiej połowie V wieku zbudował na szycie skały kompleks pałacowy – twierdzę nie do zdobycia. Wiąże się z tym miejscem pewna legenda…

W drugiej połowie V wieku n.e. na Cejlonie panował król Dhatusen. Władca miał dwóch synów – Mogallana i Kassapę. Tron po ojcu miał objąć starszy Mogallan, ale (młodszy i z nieprawego łoża) Kassapa nie zamierzał ustąpić. W roku 473 dokonał przewrotu pałacowego, uwięził, a następnie zamordował ojca (podobno stary król został żywcem zakopany w ziemi, gdyż nie chciał wyjawić miejsca ukrycia swych skarbów), ale Mogallan mu się wymknął i na czele garstki zwolenników zbiegł do Indii. Kassapa został królem, ale nie opuszczał go strach przed zemstą przyrodniego brata. Dlatego postanowił zbudować zamek na szczycie wybitnej skały położonej w centrum wyspy, w pobliżu jeziora Mineria. Ogromnym wysiłkiem wzniesiono na szczycie pałac i system fortyfikacji. Wykuto zbiorniki na wodę i spichlerze na żywność, by można było przetrzymać nawet kilkumiesięczne oblężenie. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wąskie schodki wykute w skale. Mogallan długo zbierał siły, ale wreszcie, w roku 491, a więc po osiemnastu latach panowania Kassapy, na czele wielkiej armii wylądował na wyspie i zaatakował. Kassapa przegrał walną bitwę i podobno popełnił samobójstwo, podcinając sobie gardło własnym sztyletem, w obliczu przeważających sił wroga.

Rozpoczynamy zdobywanie skały. Najpierw przyjemny spacer do jej podnóża. Nagle pojawiają się schody (dosłownie). Trzeba kilkanaście minut się po nich wspinać. Co ciekawe, schody są jak najbardziej oryginalne: mają 1500 lat. Nagle naszym oczom ukazują się znaki ostrzegawcze, które informują, że należy zachować ciszę, aby nie spłoszyć (czy może lepiej, nie zdenerwować) dzikich pszczół, jakie tu żyją. To pozostałość po dawnym systemie naturalnej obrony twierdzy. Pierwotnie gniazda dzikich pszczół (bardzo jadowitych) były wykorzystywane w czasie obrony warowni. Gdy zbliżała się wroga armia, wartownicy strzelali z łuków w gniazda, a wściekłe zwierzęta atakowały. Zatrzymujemy się na niższym tarasie pod salą niebiańskich dziewic. Król Sri Lanki miał zwyczaj „importować” z najdalszych zakątków znanego mu świat najpiękniejsze kobiety. Dla nich na szczycie skały zbudował system łaźni i ogrody kaskadowe. Kobiety uwieczniono w formie fresków w sali wykutej w skale, do której właśnie zmierzamy. Wspinaczka po kamiennych schodach i wchodzimy do komnaty. Znajduje się ona na początku „Ściany lustrzanej”. Niewiele zostało z oryginalnych fresków. Ledwie kilkanaście. Warto zaś wiedzieć, że podróżnik John Still w roku 1907 pisał, że „całe wzgórze wydaje się być pokryte obrazami kobiet i przypomina ogromną galerię, istne muzeum… Najpewniej jest to największy obraz na świecie”. Pierwotnie malowidła zajmowały całą Lustrzaną Ścianę tj. powierzchnię 140 metrów długości i… 40 metrów wysokości. Opisy podróżników z przełomu XIX i XX wieku mówią o ponad 500 wizerunkach kobiet. Każdy zaś był inny i przedstawiał najpewniej jedną z kochanek króla. Niestety, większość fresków uległa zniszczeniu. Freski, mimo że zostało ich niewiele, robią nadal ogromne wrażenie. Barwy są bardzo żywe, gestykulacja kobiet dynamiczna, jakby uchwycono je w ruchu…

Ruszamy wzdłuż Lustrzanej Ściany. Pierwotnie ścieżka ta była przeznaczona wyłącznie dla króla. Spacerował wzdłuż ściany i podziwiał freski. Ściana na wysokości idącego mężczyzny, tj. do około 180 cm, nie była pokryta malowidłami, lecz wypolerowano ją, tak że król mógł widzieć własne oblicze. Po przejściu kilkuset metrów dochodzimy do platformy lwa. To najprawdopodobniej najbardziej znana część Sigiriji. Wyrzeźbione w skale łapy lwa otaczają schody, które prowadzą do właściwej skały. Po przejściu oryginalnych kamiennych schodów rozpoczyna się wspinaczka. Kilkaset metalowych, nie najlepiej zabezpieczonych stopni do pokonania. Widok wokół coraz bardziej niesamowity…

W końcu docieramy na szczyt. Naszym oczom po dość wyczerpującej wspinaczce ukazują się ruiny królewskiego pałacu. Obejrzeć można tron kamienny, wyszukane baseny, pozostałości po łaźniach. W końcu nie sposób nie wspomnieć o niesamowitych widokach… kilkadziesiąt kilometrów w każdą stronę płaskiego, pokrytego lasami terenu a w oddali góry… można by tak siedzieć i patrzeć godzinami.

Po około godzinie trzeba wracać. Coraz bardziej zbiera się na deszcz no i już robi się późno. Ledwo schodzimy ze wzgórza a dopada nas tropikalna ulewa. Kilka minut i nie mamy na sobie nic co byłoby choć trochę suche. Temperatura spada, robi się zimno a my przemoczeni (dzielnie bronię aparatu!) biegniemy do Tuk-Tuka… powoli wracamy do naszego hotelu w tropikalnym lesie…

Comments

comments