Pożegnanie z Waszyngtonem…

dsc_1940Wizyta w amerykańskiej stolicy jest bardzo krótka – zaledwie 48 godzin. Ostatnie popołudnie. Autobus do Nowego Jorku odjeżdża o 23.59. Trzeba je jak najlepiej wykorzystać. Spod Monumentu Waszyngtona ruszam obejrzeć pomnik poświęcony żołnierzom, którzy zginęli w czasie II wojny światowej (National World War II Memorial). Poświęcono go wszystkim Amerykanom, którzy zginęli w czasie największego konfliktu zbrojnego XX wieku. Składa się on z 56 filarów i pary łuków, otaczających plac z fontanną w centrum. Od chwili otwarcia w 2004 roku jest jedną z najczęściej odwiedzanych atrakcji miasta. Co roku około 5 milionów ludzi pojawia się tutaj. Przekonuję się, że miejsce to nawet w temperaturze minus 28 stopni nie jest puste. Każdy z pilarów tworzących monument jest poświęcony innemu regionowi geograficznemu, gdzie ginęli obywatele USA. Całość robi duże wrażenie mimo, że nie ma tutaj żadnej specjalnej instalacji (latem działają fontanny a całość jest pięknie oświetlona).

dsc_2013Pora ruszać dalej, palce coraz bardziej marzną. Szybkim krokiem ruszam do chyba najbardziej znanego obiektu w Waszyngtonie – Białego Domu. Na wstępie warto wspomnieć, że Biały Dom nie zawsze był Białym Domem. Obecna nazwa została temu gmachowi nadana 14 września 1901 roku przez prezydenta Roosevelta. Wcześniej nazywany był Pałacem Prezydenckim, Domem Prezydenckim i Siedzibą Władz Wykonawczych. Niestety nie mam szczęścia do pogody. Mimo ogromnego mrozu i wiatru przed gmachem jest sporo ludzi. Robią sobie zdjęcia, albo próbują „wepchnąć” się przed którąś z kamer – któraś ze światowych telewizji praktycznie co chwilę nagrywa przed Białym Domem jakiś materiał. Trochę historii. Wszystko zaczęło się w roku 1790 kiedy to prezydent Waszyngton podpisał dokument nazywany Act of Congress. Dokument ten stanowił, że „rząd federalny będzie rezydował w okręgu, którego powierzchnia nie będzie przekraczała dziesięciu mil kwadratowych… u wybrzeży Potomaku”. Prezydent osobiście wybrał lokalizację siedziby głowy państwa. Budowę budynku ukończono w roku 1800 a pierwszym prezydentem tutaj rezydującym był John Adams. Wnętrza budynku zmieniały się z każdym nowym prezydentem, gdyż każda para prezydencka mogła dostosowywać budynek do własnych potrzeb. Podczas rządów prezydenta Trumana przebudowano całe, z wyjątkiem trzeciego piętra, wnętrze budynku. Najstarszymi jego częściami są obecnie zewnętrzne ściany, niezmienione od 200 lat. Niestety brak czasu sprawił, że nie udało mi się wejść do środka… może następnym razem ☺

Idę ulicami nocnego Waszyngtonuna dworzec kolejowy (i autobusowy w jednym). Spacer po zmroku to ciekawe przeżycie. Trasę tak wybrałem, aby zajrzeć do słynnej dzielnicy Chinatown. Dzielnica zaczęła powstawać na dużą skalę w latach 30tych XX wieku. Obecnie mnóstwo tutaj kawiarni, restauracji, sklepów – wszystko chińskie i prowadzone przez chińczyków. Z dzielnicy handlowej obszar ten stał się obecnie modną dzielnicą restauracyjno-handlową. Największe wrażenie robi ogromna brama nad centralną ulicą, która wita gości. Docieram na dworzec. Kilka słów można powiedzieć o organizacji tego obiektu i szerzej kolei w USA. Pierwsza różnica – bagaż w kolejach amerykańskich nadawany jest osobno – jak w samolocie. Po dojechaniu do stacji docelowej – podobnie jak na lotniskach – idzie się do odpowiedniej taśmy bagażowej (zdjęcie obok). Na dworcu jest McDonald, kilka sklepów i bardzo droga przechowania bagażu. Na górnym poziomie zatrzymują się autobusy – w tym mój – autobus do Nowego Jorku. Zbliża się północ, trzeba wsiadać i ze wschodem słońca wrócę do miasta, gdzie zaczęła się amerykańska przygoda…

Comments

comments