Z Baku do Sheki przez Zaquatalę

[mappress mapid=”2″]

Zostawiając za sobą błotne wulkany i petroglify na ostatnią chwilę udaje się dotrzeć do Baku. Nocny pociąg do miasta Zaquatala odjeżdża dokładnie o godzinie 21.15. Nie jest drogi, kuszetka w drugiej klasie kosztuje 9 manatów (około 38 zł). Pociąg jedzie całą noc, trochę czytam i dość szybko zasypiam. Dopiero teraz mniej więcej wyregulował się mój zegar biologiczny, a różnica czasu między Polską a Azerbejdżanem to przecież “tylko” 3 godziny. Zatem jedziemy. Odległość ponad 300 km udaje się pokonać w około 13 godzin. Niestety, dworzec kolejowy leży ponad 10 km do centrum Zaquatali. Udaje się złapać tanią taksówkę na spółkę z Azerskimi lekarzami, którzy przyjechali tutaj na urlop. Chcą chodzić po górach, mówią po angielsku. Za kilka tygodni wyjeżdżają z Azerbejdżanu do pracy w Niemczech. Centrum miasta. Zaquatala, jak na Azerbejdżan, jest dużym miastem. Obejrzeć tutaj trzeba koniecznie rynek (niestety po trzęsieniu ziemi jakie nawiedziło to miasto miesiąc temu jest w remoncie), na którym znajdują się 700letnie drzewa, jest tutaj ładny park (z wesołym miasteczkiem uruchamianym życzenie gości) oraz rosyjska twierdza z XIX wieku. Udaje się także odnaleźć XIX wieczną rosyjską cerkiew, która obecnie jest w niemal całkowitej ruinie. Niestety spacer z bagażem (na dworcu nie ma przechowalni) nie jest rzeczą łatwą i przyjemną. Plecaki ważą dużo, a tutaj trzeba się jeszcze wspinać i krążyć po bardzo krętych i będących w złym stanie (trzęsienie ziemi wydaje się nie być największym dla nich problemem) uliczkach. Miasto to słynie z orzechów i potraw z nimi związanych. Spacer po parku i twierdzy zaowocował dłuższą rozmową z rodziną, która przyjechała tutaj na wakacje z Nachiczewanu. Okazało się, że ojciec rodziny był w Warszawie i Krakowie w 1991 roku. Po którejś szklance herbaty zaproponowali wspólny wyjazd do tej Azerskiej enklawy. Gdyby nie izraelskie pieczątki w paszporcie (aby dostać się do Nachiczewan trzeba jechać przez Iran) być może kolejny wpis byłby z tego regionu. Niemniej zostało pamiątkowe zdjęcie.

O 15tej odjeżdża marszrutka do Sheki. Miasto duże i “turystyczne”. Ta turystyczność wyraża się w tym, że może kilkuset obcokrajowców bywa tutaj rocznie. Sheki jest niezwykle ciekawe, obejrzeć tutaj można przede wszystkim piękny pałac szachów, ogrody, muzea. Tak mija cały dzień. Bardzo męczący dzień. Sheki słynie generalnie z dwóch rzeczy: słodyczy (szczególnie takich jak: Shaki pitisi, Shaki halvasi i Shaki pakhlavasi, do których dodaje się orzechy i miętę) oraz poczucia humoru mieszkańców. Od siebie dodam także, że z niezwykłej gościnności i otwartości. Poczucie humoru z pewnością w tym pomaga. Pierwszy spacer po Sheki zaowocował interesującymi znajomościami, a niektóre z nich ilustrują zdjęcia. Niestety “życie towarzyskie” jest bardzo męczące, pora iść spać. Do Sheki, (zabytków, muzeów, humoru mieszkańców) jeszcze wrócę w kolejnym wpisie.

Comments

comments