Wysiedliśmy na dworcu autobusowym w La Paz i… tutaj miłe zaskoczenie. Hotel, który udało nam się wcześniej zarezerwować, znajduje się zaledwie kilkanaście metrów w linii prostej od dworca. W „linii prostej” zaś jest tutaj wyrażeniem kluczowym. Chyba nigdzie człowiek tak bardzo nie doświadcza brutalnego znaczenia tej zbitki dwóch słów jak w tym boliwijskim mieście. Dlaczego? Otóż La Paz słynie w świecie jako miasto ogromnych różnic w wysokości. Niektóre ulice są tak strome, że trzeba po nich się niemal wspinać. Zwiedzanie wymaga albo korzystania z taksówek, albo żelaznej wręcz kondycji fizycznej. Z drugiej jednak strony gwarantuje niezapomniane wręcz widoki…

Dworzec w La Paz. Warto napisać o nim choćby kilka słów. Nie jest to bowiem zwykły dworzec. Został on zaprojektowany przez Gustave’a Eiffela. Budynek jest przestrony, można na nim korzystać z darmowego Wi-Fi. Został niedawno odnowiony. Zrobiwszy kilka zdjęć i wymieniwszy walutę (na dworcu znajduje się kantor – kursy niezbyt korzystne, ale wygodnie i blisko). Jak zwykle bardzo dokładnie obejrzano banknoty, czy aby nie są uszkodzone. Taki już urok Ameryki Południowej, banknot amerykański musi być idealny, najlepiej prosto z drukarni. Swoją drogą to zaskakujące. Teoretycznie przyjmowanie „idealnych” banknotów ma za zadanie ułatwić rozpoznanie fałszywek. Jakoś jednak nikt ani w kantorach, ani wśród cinkciarzy, ani sprzedawców ulicznych (którzy czasami przyjmują dolary) nie potrafił mi wyjaśnić oczywistej sprzeczności logicznej. Tłumaczyłem, że jeśli banknot jest używany, to oznacza, że ludzie nim płacili. Co za tym idzie, prawdopodobieństwo, że będzie oryginalny jest większe, niż w przypadku banknotu wyglądającego jakby był wyjęty „prosto z drukarki”. Nikt jakoś nie potrafił wyjaśnić (a może nie chciał?). Czytaj więcej

Przekroczenie granicy Peru z Boliwią to przeżycie samo w sobie. Nie chodzi broń Boże o to, że tu jest niebezpiecznie czy też np. o to, że panuje jakaś szczególnie wielka korupcja. Co to, to nie. Rzecz w tym, że wjeżdżając do Boliwii, wkraczamy do… krainy czarów, magii, szamanów i złych (oraz dobrych) duchów.

Są takie miejsca, gdzie magia, w którą w Europie nikt już nie wierzy (nie liczę oczywiście psychowyznawców Harrego Pottera), jest obecna i odgrywa nie tylko istotny wpływ na życie jednostek, ale oddziałuje na całe społeczności. Z magią zaś jest ten problem, że kiedy w Europie się o niej mówi, to zazwyczaj czyni się to „z przymrużeniem oka”, np. przy okazji Halloween czy też wizyty w kinie na kolejnej wersji filmu „Egzorcysta” czy też np. „Czarownic z Salem”. Jeśli zaś doszukiwać się kogoś, kto magię traktuje na Starym Kontynencie poważnie (nie liczę oczywiście mało znanych zakątków Bałkanów, o tym jednak w innym wpisie) to będzie to najpewniej jakiś katolicki duchowny, który wykrzykuje z ambony (zazwyczaj dzieje się to w okolicach „pogańskiego” Halloween), że czary „to zło” i „grzech śmiertelny” – nie liczę naturalnie wystąpień pewnego księdza, który o ciemnych mocach mówi dość często, a każde zdanie kończy słowami „wiedz, że coś się dzieje”.

Magia zaś (często identyfikowana niepoprawnie z „czarami”- co zostało nawet poświadczone przez „najwyższą wyrocznię”, jaką dla wielu ludzi stanowi Wikipedia) w wielu miejscach świata istnieje i ma się całkiem dobrze. W Boliwii obecna jest magia, obecne są czary, obecni są czarownicy i obecni są szamani. Są tutaj zaklęcia, klątwy, uroki i duchy przodków. To wszystko zaś krąży i przenika świat pełen komputerów, nowoczesnej medycyny, Internetu i odbiorników GPS. Odnieść można wrażenie, że złym i dobrym duchom, czarownikom i wiedźmom, amuletom i magicznym eliksirom ten nowoczesny świat w ogóle nie przeszkadza – co więcej, weszły one w symbiozę z tym światem i dostosowały się do niego. A może to świat pod ich wpływem dostosował się do nich i sprawił, że przestano zwracać na nie uwagę ? Czytaj więcej

Zwiedzanie Cusco to niezwykłe przeżycie. Nie możemy jednak spędzić tutaj zbyt wiele czasu. Zaledwie kilka dni. Jak zwykle wczesna pobudka. Nawet bardzo wczesna. Śniadanie i ruszamy do miasta. To ostatni dzień na zwiedzanie. Za kilkanaście godzin autobus zabierze nas do La Paz – jednego z najbardziej niezwykłych miast Ameryki Południowej. Póki co mamy jednak przed sobą Cusco! Wracamy na Plaza de Armas. Jakoś trudno oderwać się od tego miejsca. Tutaj można odnieść wrażenie, że spotyka się ze sobą i miesza się w jednolitą masę, która wyróżnia się milionami pojedynczych elementów, wszystko, co najlepsze w Peru. Można godzinami patrzeć na życie miasta. Idąc na Plaza de Armas, mijamy pomnik ostatniego z wielkich królów Inków… Trochę to chichot historii, że 500 lat po upadku Imperium Inków mieszkańcy Peru stawiają pomniki inkaskich królów w ilości co najmniej takiej, jak stawiano pomniki Lenina w krajach byłego Układu Warszawskiego. Cóż… jeszcze jeden element kolorytu miejscowej kultury. Wchodzimy do jednej z restauracji, obiad, do tego herbata z liści koki. Pora ruszać „nad Cusco”. Czytaj więcej

Mam dużą głowę. Nie chodzi o to, że chcę się żalić z tego powodu (ani tym bardziej chwalić, chociaż podobno duża głowa = duży mózg, a to z kolei, przy odpowiednich proporcjach w stosunku do wagi całego ciała, świadczyć powinno o inteligencji – stąd np. słonie mimo ogromnego mózgu, ponieważ jest on niewielki w stosunku do wagi ciała, nie grzeszą intelektem), ale mój nieprzeciętny rozmiar głowy (zwłaszcza jej obwód) stał się przyczynkiem do całkiem zabawnej (a może nawet dramatycznej!) historii. Fakt, że w Polsce mamy lato, a w Ameryce Południowej zimę, połączony z tym, że generalnie pakowanie się na wyjazd nie jest najważniejszą czynnością w moim grafiku – nie jest też czynnością najbardziej czasochłonną, gdyż zajmuje maksymalnie kilkanaście minut – sprawił, że zapomniałem zabrać odpowiedniego nakrycia głowy. W końcu lecimy zwiedzać w zimie! No tak, ale zima na pustyni czy w wysokich górach to jednak coś zupełnie innego niż zima w Polsce. Tutaj, w Ameryce Południowej, słońce świeci w najlepsze, a na dużych wysokościach brak nakrycia głowy może skutkować nawet porażeniem słonecznym, udarem czy zapaleniem opon mózgowych. O ile nabycie drogą kupna okularów przeciwsłonecznych to nie problem (i wydatek ledwie kilku złotych – po targach ze sprzedawcami), to z kapeluszem problem jest dużo większy. Jak na złość zapomniałem zabrać doskonałą czapkę, którą nabyłem drogą kupna w Jerozolimie. Czapka to doskonała, gdyż stanowi skrzyżowanie tzw. arafatki z czapką baseballową. Wygląda przyzwoicie i zakrywa ramiona. No tak, ale ja jej nie mam, a pierwszy kontakt z Atacamą pokazał, że nakrycie głowy jest niezbędne. Muszę zatem zakupić kapelusz… Czytaj więcej

Hotel w Cusco zarezerwowaliśmy bardzo blisko centrum miasta. Na tyle blisko, aby… móc bez trudu dotrzeć do wszystkich ciekawszych miejsc na własnych nogach, ale równocześnie na tyle daleko, aby nie było pod naszymi oknami nazbyt głośno. Hotel – jak na Peru – nowoczesny, wygodny. Ciepła woda pod prysznicem jest większość czasu. Niby nic niezwykłego, ale to miłe, kiedy po dwudziestu pięciu godzinach jazdy można wziąć prysznic w ciepłej wodzie.

Trudno wyobrazić sobie rozpoczęcie zwiedzania Cusco od innego miejsca niż Plaza de Armas. Tutaj skupia się życie miasta tak towarzyskie, jak i kulturalne. Miejsce, gdzie dziś wznosi się plac, w czasach Inków było przestrzenią zarezerwowaną na obrzędy religijne. Nad placem dominują dwie flagi. Pierwsza z nich to flaga Peru (biało-czerwona) druga zaś to flaga Imperium Inków (w kolorach tęczy). Swoją drogą to interesujące jak długą drogę przeszła ewolucja tęczowej flagi od czasów inkaskich do XXI wieku. Być może powinienem podpowiedzieć osobom, które bronią tęczy w pewnej europejskiej stolicy, aby w ramach dorobienia ideologii zaczęli głosić, że są potomkami Inków i bronią symbolu swojej państwowości? ☺ Wróćmy jednak do Cusco. W centrum Plaza de Armas znajduje się fontanna. W przeszłości stał tutaj pomnik króla Atahualpy. Musiał jednak ustąpić fontannie. Nazbyt silne emocje narodowo-wyzwoleńcze wzniecał pomnik wielkiego inkaskiego króla i nazbyt wiele kłopotów po swej śmierci władca ten, spoglądający z pierwotnie stojącego tutaj cokołu przysparzał hiszpańskim kolonizatorom. Czytaj więcej

Dotarliśmy do Cusco… zanim powstanie pierwszy wpis z tego niezwykłego miejsca, wspomnienie karnawału w Limie, w formie krótkiego wpisu, trochę bardziej wideobloga niż bloga. My tymczasem ruszamy zwiedzać Cusco. Trudno w jednym wpisie będzie napisać o wszystkim, dlatego podzielimy relację na kilka odcinków. Szczegóły już niebawem! 🙂 Tymczasem karnawał w Limie…

                                       

Wstaliśmy bardzo wcześnie. Zimno. Hotel jakoś nie obdarowuje nazbyt hojnie swoich gości kocami i innymi drobiazgami, które umilić mogą pobyt. Wstajemy przed wschodem słońca. Bardzo chcemy jeszcze przez chwilę poczuć Starą Limę, zanim ruszymy do serca państwa Majów – Cusco. Wczesne (i równie co wczesne, to i ohydne) śniadanie i ruszamy do miasta. Znacznie smaczniej i przyjemniej zjeść na ulicy. W pierwszej lepszej budzie można dostać jedzenie pyszne i (mimo braku kontroli sanepidu) jak najbardziej zdrowe. Spacer głównym deptakiem miasta pozwala zrobić małe zakupy na podróż. Kilka kanapek z kurczakiem, chicha morena do popicia (nigdy się nie nadziwię chyba, jak to możliwe, że tak bardzo mi smakuje napój, który przypomina w smaku mieszankę soku z buraków, czarnej porzeczki i przypraw z cynamonem na czele) i możemy kierować nasze kroki na dworzec autobusowy. Bilety kupiliśmy dzień wcześniej. Czytaj więcej