Miraflores to najpewniej najbardziej znana dzielnica poza ścisłym centrum Limy, tzw. Starą Limą. Dzielnica ta znana jest jako „luksusowa” dzielnica Limy, bardzo kontrastuje ze Starym Miastem. Po drugie tutaj mieszka i tutaj akcję swoich powieści często osadza prawdopodobnie najbardziej znany peruwiański pisarz, Mario Vargas Llosa. W Miraflores zatrzymuje się wielu turystów, którzy pragną wypocząć. Bliskość Oceanu sprzyja temu, a co więcej hotele tutaj zbudowane są po prostu bliższe europejskim standardom. Jest w nich ciepła woda i panuje czystość i porządek. Nie zawsze niestety (a właściwie często) jest to regułą w hotelach umiejscowionych w Starej Limie. Trudno jednak się temu dziwić. Kolonialna zabudowa nie sprzyja temu, aby cokolwiek remontować, a wykonanie nawet najprostszych prac budowlanych może… naruszyć konstrukcje budynków. Trudno bowiem przewidzieć co się znajduje pod nimi, na jakim gruncie je zbudowano i czy przypadkiem nie postawiono ich na ruinach starszych gmachów. W Miraflores toczy się bardzo bujnie życie nocne i, co nie mniej ważne, bliskość oceanu sprawia, że powietrze jest tutaj znacznie bardziej rześkie i jest po prostu chłodniej w czasie letnich upałów. Czytaj więcej
Lima to miasto karnawału. Nie chodzi o to, że tutaj nie ma podziału na okres postu i okres zabawy, na sacrum i profanum. Wręcz przeciwnie. Jeśli miałby wskazać, gdzie taki podział jest najbardziej widoczny to oprócz krajów arabskich i kilku regionów Azji Centralnej wskazałbym właśnie Amerykę Łacińską z Limą na czele. Niemniej w większości miast tej części świata nigdy nie brakuje pomysłu (ani chęci) do zabawy. Trzeba zaś wiedzieć, że kiedy Peruwiańczycy się do czegoś zabierają, robią to z właściwą dla siebie pasją i z typowym dla tej nacji rozmachem. Jeśli się modlą – trudno znaleźć bardziej żarliwe modlitwy, jeśli płaczą – nie ma żalu większego niż tutaj, a jeśli się bawią, to wraz z nimi bawi się cały kraj, zarówno jego „żywa” część (do zabawy zaprzęga się – czasami dosłownie – nawet zwierzęta i rośliny) oraz ta „mniej ożywiona” – budynki, ulice, pojazdy a nawet… zmarli.
Lima, miasto nie dające się porównać z żadnym innym. Po co tutaj się przyjeżdża? Generalnie ludzi przybywających do stolicy Peru można podzielić na dwie grupy. Pierwsza to mieszanka przypadku, tego, że nie wypada tu nie przyjechać, tego, że tutaj ląduje większość samolotów no i tego, że tak ładnie wygląda na Facebook zdjęcie Limy. Oczywiście wygląda ono tak długo ładnie, aż nie zrobi człowiek sobie człowiek należący do tej grupy zdjęcia z Machu Picchu. Druga grupa to nieco bardziej świadomi podróżnicy. Szukają w Limie różnych rzeczy: zabytków, kultury, sztuki, tradycji, literatury a nawet mistycyzmu. My chcemy poznać Starą Limę, Limę Pizarra, Limę wielkich biskupów, Limę Indian, którzy musieli pod płaszczykiem chrystianizacji tutaj żyć i Limę tych dziesiątek tysięcy bezimiennych ludzi, którzy budowali ją i zabytki w niej do dziś stojące, czy to na chwałę Kościoła (i kościoła przez małe „k”) czy to aby dodać splendoru hiszpańskiej koronie. Czytaj więcej
Rzadko się zdarza, abym po 40 godzinach w podróży odczuwał taką nieodpartą ochotę nie na odpoczynek, ale na zwiedzanie. Udało się mi zwiedzić kawałeczek świata i jedna z najważniejszych rzeczy, jakich się nauczyłem to to, że organizm ma swoje prawa i nie można go przeciążać – niezależnie od wieku. Świat jest ogromny i musi on na długo wystarczyć, aby docierać do jego najodleglejszych zakątków. Poza tym… o ileż przyjemniej się zwiedza będąc wypoczętym. Są jednak takie miejsca, dla których odchodzi się od utartych reguł, miejsca które mają specjalne względy. Takim miejscem jest Lima. Z dworca autobusowego łapiemy taksówkę za 8 soli (w sumie można by iść te półtorej kilometra pieszo, ale szkoda czasu!) i do hotelu. Szybkie zameldowanie się, prysznic (ciepła woda jest!) i ruszamy na miasto. Ekscytacja tym, że Lima czeka sprawia, że nie zauważam pewnych „niedociągnięć” hotelu takich jak np. brak ogrzewania… Czytaj więcej
Wstajemy wcześnie rano. W San Pedro de Atacama jak zwykle zimno, aby nie powiedzieć lodowato. Kilka warstw koców tak elektryzuje, że można by – w mojej ocenie – przy użyciu energii elektrycznej, która powstaje podczas snu bez problemu, rozświetlić kilka żarówek. Dziękować niebiosom, że spakowaliśmy się wczoraj. Śniadanie. Jak zwykle skromne. Jedna bułka, trochę masła, trochę dżemu. Czy na tym śniadaniu jest czegoś „dużo”? Owszem! Chłodu dookoła, kawy oraz herbaty. Można nawet wybrać różne rodzaje herbaty, w tym tak egzotyczne dla Europejczyków, jak np. herbata o smaku mate. Ciepłe napoje sprawiają, że humor się poprawia. Nawet bardzo. Do odjazdu autobusu została godzina. Powoli zbieramy plecaki i zmierzamy na dworzec. San Pedro de Atacama ma ten plus, że tutaj wszystko jest w miarę blisko siebie. No dobrze, prawie wszystko. Dworzec autobusowy jest jak na złość – dość daleko. Niemniej, w dwadzieścia minut szybkim marszem można do niego dotrzeć. Na szczęście mamy dość dokładną mapę (będzie ona umieszczona w naszym Przewodniku po Chile i Wyspie Wielkanocnej. Kilkanaście minut przed odjazdem autobusu meldujemy się na dworcu. Rozpoczyna się jeden z dłuższych etapów podróży… Na pewno będzie jednym z bardziej męczących. Autobus do Calamy kosztuje nas 2500 pesos. Tam zamierzamy przesiąść się na kolejny autobus, który zabierze nas do, leżącej pod peruwiańską granicą, Arici. Czytaj więcej
Chcąc sprawdzić jakość obsługi i ceny w biurach podróży oferujących wycieczki po Atacamie (niestety, było to konieczne w ramach zbierania materiałów do naszego przewodnika po Chile i Wyspie Wielkanocnej, którego premiera będzie miała miejsce za 2 tygodnie), musieliśmy wybrać się na krótki research. Po oddaniu rowerów do wypożyczalni i zjedzeniu czegoś lekkiego, ruszamy zaopatrzyć się w wodę. Niestety, bardzo drogą wodę. Pustynia ma swoje uroki, niektóre są urocze a inne nie urocze. Do tych nie uroczych zaliczyć trzeba to, że półtorej litra wody kosztuje 5-6 zł. No nic. Płacimy i idziemy pod nasze „tourist office” – nazwa tyleż szumn,a co zabawna w kontekście niewielkiej budy, w którym ono się mieści i czekamy na nasz transport. W sumie z usług tegoż biura (celowo skorzystaliśmy z taniego, aby sprawdzić jakość wycieczki) dziś korzysta około 20 osób. Wycieczka kosztuje 8 tysięcy pesos na osobę. Do tego trzeba doliczyć 2 tysiące, które płaci się przy wjeździe do parku narodowego. Zatem kilka godzin zwiedzania za niecałe 60 zł. Autobus, którym jedziemy nie należy do najmłodszych modeli. Właściwie jest już to bardzo wyeksploatowany pojazd (chwilami dziwię się, że daje radę wjechać pod niektóre wzniesienia). Niemniej jednak jedziemy… Czytaj więcej
Atacamę można eksplorować na dwa sposoby. Pierwszy polega na wykupieniu pakietu różnych wycieczek. Drugi sposób, znacznie ciekawszy, to eksploracja na własną rękę. Oczywiście wymaga to pewnego zmysłu organizacji, znajomości kilku słów po hiszpańsku (dobra, kilku więcej niż kilka) i ten, tego… może nie tyle odwagi, co nie wykazywania strachu w banalnych sytuacjach (banalnych jak na pustynię rzecz jasna). Zatem Atacama. Wczesna pobudka i jakże uroczy widok – resztki wymiocin zostawionych przez lokatorów pokoju obok w naszym hotelu, którzy wykazali się niezwykłą „inteligencją” – prosto z Santiago de Chile przylecieli tutaj samolotem, zjedli dużą kolację, poszli spać i od rana, jakby to określił pewien mój przyjaciel, „tańczą z głową w toalecie”. Aby było jasne, ja nic nie mam przeciwko temu, aby przylecieć do San Pedro (właściwie do Calama) samolotem, ale po pierwsze zalecałbym jedną noc spędzić w Calama (warunki lepsze i aklimatyzacja jako taka jest zapewniona), po drugie jeśli już ktoś nie ma czasu, to sugeruję wykonanie dwóch rzeczy: przylecieć tutaj na krótko (1-2 dni), szybko przyjechać z lotniska, zaserwować sobie post i unikać napojów gazowanych oraz wziąć jakiś lekki środek na chorobę wysokościową, Gdybyśmy byli Peru zalecałbym herbatę z liści koki. Ponieważ w Chile jej uprawa jest zakazana przydać może się zwykły polski aviomarin. Jeśli go nie mamy to możemy w ostateczności zaaplikować sobie końską dawkę tabletek na zgagę. Czytaj więcej