Po obiedzie wracamy na chwilę na plac imienia Kolumba. Stąd zagłębimy się w Upper West Side. Celem naszym jest znany w świecie kompleks kulturalny składający się z kilku elementów. Idziemy Broadway’em a a naszym celem jest powstałe w roku 1959 najsłynniejsze centrum kulturalne nie tylko Nowego Jorku, ale także USA w ogóle. Jest nim Lincoln Centem of the Performing Arts. Zostało otwarte w maju tegoż roku, a symbolicznego wbicia w ziemię łopaty, gdy rozpoczynano budowę dokonał ówczesny prezydent USA Dwight D. Eisenhower. Pierwszy koncert nowojorscy filharmonicy wykonali wraz z Juilliard Choir a całością dyrygował Leonard Bernstein. Chyba najbardziej znaną częścią kompleksu jest Metropolitan Opera House. Cechą charakterystyczną budowli jest pięć gigantycznych łukowych okien. Po podejściu do nich widzimy foyer oraz malowidła zdobiące wnętrze. Autorem dzieł jest sam Marc Chagall (zob. mój wpis z wizyty w Nicei). Czytaj więcej
Pobudka o godzinie 6 rano. Sześć godzin różnicy czasu między Warszawą a Nowym Jorkiem daje pewien handicap. Mój organizm działa na czasie jaki jest w Polsce. W konsekwencji, mamy godzinę 5 rano, a mój zegar biologiczny wskazuje 12 w południe. Czuję się bardzo wyspany a na dworze jeszcze ciemno. Można spokojnie przygotować się do wyjścia. Pierwszym celem na dziś jest grobowiec Ulyssesa Granta. Można go zwiedzać codziennie od 9.00 do 17.00 a wstęp jest darmowy. Grant był osiemnastym prezydentem USA. Dowodził wojskami Unii w czasie wojny secesyjnej. Po wejściu do mauzoleum obejrzeć można dwa sarkofagi. Pierwszy należy do Granta a drugi do jego małżonki. Grobowiec jest wzorowany na mauzoleum Mauzolosa z Halikarnasu. Został on w całości sfinansowany z datków publicznych. W sumie kilkadziesiąt tysięcy obywateli USA zebrało ponad 600 tysięcy dolarów z przeznaczeniem na budowę mauzoleum. Grant zmarł w roku 1885. Mauzoleum otwarto zaś w dniu, w którym przypadałyby 75 urodziny generała, 27 kwietnia roku 1887. Z okazji otwarcia zorganizowano ogromne uroczystości. Czytaj więcej
Długi lot. Mimo, że fotele były wygodne to dało się siedzenie 9 godzin w samolocie we znaki. Odprawa bezpieczeństwa, standardowe pytania (po co, na jak długo, itp. itd.) pieczątka do paszportu i można ruszać na podbój Nowego Jorku. No może nie zupełnie tak od razu. Lotnisko w Newark leży bowiem dość daleko. Najpierw zatem odnalezienie „desk”, gdzie mnie skierują do kierowcy, który mnie odwiezie pod hotel. Poszło sprawnie. Po 50 minutach wysiadam pod hotelem na zachodniej stronie Central Park. Lokalizacja determinuje to, w jakiej kolejności będziesz szanowny czytelniku mojego bloga poznawał miasto za oceanem. Optymalna dla mojego lokum trasa zwiedzania na dziś wiodła na północny wschód Central Park. Mimo, że kusi Statua Wolności czy liczne muzea to trzeba się trzymać dość napiętego planu. Pierwszym zabytkiem jest chyba najbardziej znany z kościołów Stanów Zjednoczonych. Z uwagi na to jak długo jest budowany, porównuje się go czasami do katedry Sagrada Familia w Barcelonie. Docieramy do Cathedral of St John the Divine. Budowę świątyni rozpoczęto w roku 1892. Prace trwają cały czas i patrząc na stan zaawansowania, jeszcze co najmniej kilkanaście lat będzie ona w budowie. Czytaj więcej
Wszystko zaczęło się od błędu taryfowego w amerykańskich liniach lotniczych United Airlines. Błąd taryfowy polegał na tym, że za bilet lotniczy zamiast 750 dolarów trzeba było zapłacić tylko około 160 dolarów. Co za okazja! Bez namysłu bilet kupiony, a że akurat i tak trzeba było polecieć za ocean w tym roku, aby ukończyć prace nad przewodnikiem po Nowym Jorku i Waszyngtonie – żal było nie skorzystać. Lot z Warszawy o 06.55 do Frankfurtu nad Menem. Potem godzina oczekiwania (niestety opóźnienie samolotu było spore) i siedząc w samolocie, który leci mniej więcej nad wybrzeżem Portugalii na wysokości 9000 metrów (odczytane z monitora pokładowego) mogę tworzyć wpis na blogu. Czytaj więcej
Wszystko zaczęło się od wypatrzenia błędu taryfowego w pewnym norweskim serwisie sprzedaży biletów lotniczych. Błąd polegał na tym, że system nie doliczał pewnych opłat, które normalnie są ceną składową biletu. Skutek był taki, że za przelot na trasie: Warszawa – Frankfurt – Nowy Jork – Monachium – Warszawa zapłaciłem tylko 150 euro. Posiadanie zaś waluty wymienionej jeszcze kilka miesięcy temu po znacznie bardziej korzystnym niż obecny kursie sprawiło, że bilety w dwie strony za ocean kosztowały mnie niewiele ponad 540 zł. Tani bilet lotniczy zdobyty. Dwa dni po zakupie okazało się, że tanie polskie linie autobusowe PolskiBus uruchomiły połączenie Poznań – Warszawa z pominięciem Łodzi. Czytaj więcej
Zdobywszy szczęśliwie amerykańską wizę zabieram się do dokładniejszego planowania LowCostowego wyjazdu do USA. Ambicje są spore, a czasu mało. Trzeba bowiem uzupełnić materiały do przewodnika turystycznego po Waszyngtonie. Tak, tak. Będzie taki! ☺ Swoją drogą to interesujące ile trzeba się nabiegać, aby taką wizę otrzymać. Najpierw wypełnienie wniosku, potem wizyta w ambasadzie w Warszawie, następnie czekanie na odbiór paszportu, po który jak na złość trzeba jechać na drugi koniec miasta (a właściwie poza miasto). Szczęśliwie jednak się udało i można planować wyjazd za ocean. Styczeń może nie jest najlepszą porą do wojaży, ale wziąwszy pod uwagę cenę biletów (150 euro!) to można nieco pomarznąć, na zdrowie! Relacja będzie jak zwykle na blogu. Z pierwszych wyjazdowych sukcesów mogę odnotować, że na pierwsze 3 noce udało się zarezerwować tani (jak na jakość i lokalizację hotel). Trzygwiazdkowy hotel przy Central Parku, z transportem z lotniska w cenie 200 dolarów (630 zł)! Drogo? Tylko pozornie. Najtańsze hostele w Nowym Jorku kosztują około 70-100 zł za dobę. Leżą one na obrzeżach miasta (dochodzą więc koszty biletów). Do tego dojazd z lotniska. Summa summarum, wychodzi drożej (codzienne bilety na komunikację plus dojazd z lotniska). Do tego hotel gwarantuje śniadania w cenie pokoju, a to też realna oszczędność. Jak zdobywa się hotel kosztujący normalnie 900 dolarów za 3 noce w cenie 200 dolarów? O tym będzie w jednym z pierwszych wpisów na blogu, z relacją z wyjazdu ☺
Nie samymi wyjazdami jednak człowiek żyje (chociaż w moim przypadku od dawna żadnego nie było:)). Zatem z prozaicznej rzeczywistości, warto odnotować, że ukazał się nakładem mojego wydawnictwa pierwszy w języku polskim przewodnik turystyczny po Kosowie! Tak! W końcu można będzie zwiedzać Kosowo z polskojęzycznym przewodnikiem, który nie traktuje tego kraju jako „południowej Serbii”. Niedługo będą kolejne przewodniki…