Zwiedzić Rabat w 48 godzin. Część I: Kasba i Medyna

Poranek w Rabacie. Hotel tym razem niezwykle wygodny jak na Maroko. Dzięki błędowi taryfowemu w jednej z sieci hotelowych, znalezionym w oparciu o techniki z „Biblii taniego spania”, udało się zarezerwować czterogwiazdkowy obiekt ze śniadaniem za zaledwie 8 dolarów za 2 noce. Opuszczam hotel i kieruję się zatłoczonymi uliczkami medyny ku Kasbie. Kasba Rabatu to miejsce niezwykłe, cytadela zachowana w bardzo dobrym stanie, piękny ogród i robiące potężne wrażenie plątaniny biało-niebieskich uliczek. Do kasby prowadzą dwie bramy — większa (położona wyżej) i mniejsza (niżej). Przed mniejszą bramą kręcą się fałszywi przewodnicy, którzy wmawiają, że można do środka wejść jedynie mniejszą bramą (nie jest to prawda, a co więcej, mniejszą bramą wejdziemy tylko do ogrodów) i trzeba kupić bilet (co także nie jest prawdą, wejście jest darmowe). Opędzając się od przewodników wchodzę do Ogrodu Andaluzyjskiego. Przylega on do pałacu Mulaja Isaila, gdzie mieści się muzeum. Wstęp kosztuje 10 dh. Zanim o pałacu, kilka słów o Kasbie jako takiej. Została ona zbudowana w miejscu, gdzie mieszkali żołnierze odpowiedzialni w średniowieczu za ochronę miasta. Uznano, że bez ufortyfikowanej cytadeli niemożliwe będzie zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom i kupcom przez cały rok. Niewielki obszar obwarowano potężnym murem wysokim na niemal 10 i szerokim na prawie 4 metry. Kolejne stulecia to okres rozbudowy i umacniania murów Kasby. Właściwa nazwa tego miejsca to Kasba Ul-Udaja, a nazwa wzięła się stąd, że bardzo długo załogę cytadeli stanowili żołnierze wywodzący się z plemienia o takiej samej nazwie. Fortyfikacje są położone w najlepszym z możliwych miejsc. Z jednej strony zabezpieczają miasto, a z drugiej pozwalają kontrolować port. Kasba gwarantowała, że żaden statek europejski, czy to handlowy, czy wojenny, nie mógł wpłynąć do portu bez zgody sułtana, a z drugiej pozwalała kontrolować piratów, którzy przez wieki stanowili plagę okolicznych wód.

Wróćmy jednak do Ogrodu Andaluzyjskiego. W otoczeniu kotów (coraz więcej zaczyna pojawiać się ich wokół mnie) studiuję plany miasta i porównuję ze współczesną mapą. Wchodzę do muzeum, które mieści się w przyległym pałacu. Zbudowano go pod koniec XVII wieku. Po przejściu przez niewielki dziedziniec spaceruję po salach wystawowych. Obejrzeć tu można głównie biżuterię, rękodzieło oraz wszelkiego rodzaju broń tak białą, jak i np. strzelby czy armaty. Jakoś zbyt „młode” te zabytki na mój gust (zboczenie historyka-starożytnika). Opuszczam muzeum w poczuciu dobrze wydanych 10 dirhemów na bilet i kieruję się do głównej bramy, czyli Wielkiej Bramy Bab Udaja. Baszta jest, jak na warunki marokańskie i miejsce, gdzie ją zbudowano, wręcz gigantyczna. Obecnie wnętrze Kasby to dzielnica mieszkalna — jedna z najbardziej charakterystycznych w Marakeszu. Niebiesko-białe mury domów tworzą labirynt. Pozornie łatwo się tutaj zgubić, ale równie łatwo się odnaleźć. Wystarczy kilka minut iść w którymś kierunku i wyjdzie się na głównej, przecinającej Kasbę, drodze (choć może lepiej powiedzieć, że ścieżce). Wewnątrz Kasby wznosi się najstarszy w mieście meczet — El-Atiqa, który zbudowano w XII wieku. Niestety wchodzić do środka mogą tylko muzułmanie — oglądam więc tylko minaret wystający ponad dachy domów. Główna „arteria” Kasby, czyli Rue Jama’a kończy się na placu Formee de l’Ancien Semaphore, na którym przed wiekami stała latarnia morska. Plątanina uliczek sprawia, że nie mogę się oderwać od gry świateł, kolorów, pięknych widoków i niesamowitej scenerii do robienia zdjęć.

Robi się południe. Pora poszukać obiadu. Ruszam do Medyny, gdzie równie łatwo jak posiłek można odnaleźć kilkusetnie zabytki. Po posiłku kieruję się poza mury medyny. Być w Rabacie i nie obejrzeć imponujących murów obronnych miasta — rzecz nie do pomyślenia. Oglądam je jednak „po mojemu”. Oznacza to, że zamierzam obejść medynę dookoła. Nie jest to jakieś szczególnie wielkie wyzwanie (teoretycznie), gdyż zajmuje ona obszar prostokąta o długości boków około jeden na półtorej kilometra. Zaczynam spacer od strony zachodniej, gdzie obejrzeć można imponujące zabudowania z czasów Almohadów. Wrażenie niesamowite. Drugi bok medyny otaczają Mury Andaluzyjskie — niższe i znacznie słabsze. Sama medyna nie jest tak imponująca wewnątrz, jak np. marrakeszańska, ale jest znacznie spokojniejsza. Nikt mnie nie zaczepia, oferując swoje towary, można spokojnie obejrzeć przedmiot przed zakupem. Spacerując, robię kilka zdjęć Wielkiego Meczetu, który znajduje się na terenie medyny. Udaje się także podejrzeć meczet Slimana. Niestety wejść do obydwu przybytków niewiernym nie wolno.

Dzień mija bardzo szybko. Stare miasto, mimo że ciekawe, nie jest jedyną atrakcją Rabatu. Pora ruszać do Ville Nouvelle. O tym jednak w kolejnym wpisie. Tymczasem kilka zdjęć.

Comments

comments