Poranek w Rabacie. Hotel tym razem niezwykle wygodny jak na Maroko. Dzięki błędowi taryfowemu w jednej z sieci hotelowych, znalezionym w oparciu o techniki z „Biblii taniego spania”, udało się zarezerwować czterogwiazdkowy obiekt ze śniadaniem za zaledwie 8 dolarów za 2 noce. Opuszczam hotel i kieruję się zatłoczonymi uliczkami medyny ku Kasbie. Kasba Rabatu to miejsce niezwykłe, cytadela zachowana w bardzo dobrym stanie, piękny ogród i robiące potężne wrażenie plątaniny biało-niebieskich uliczek. Do kasby prowadzą dwie bramy — większa (położona wyżej) i mniejsza (niżej). Przed mniejszą bramą kręcą się fałszywi przewodnicy, którzy wmawiają, że można do środka wejść jedynie mniejszą bramą (nie jest to prawda, a co więcej, mniejszą bramą wejdziemy tylko do ogrodów) i trzeba kupić bilet (co także nie jest prawdą, wejście jest darmowe). Opędzając się od przewodników wchodzę do Ogrodu Andaluzyjskiego. Przylega on do pałacu Mulaja Isaila, gdzie mieści się muzeum. Wstęp kosztuje 10 dh. Zanim o pałacu, kilka słów o Kasbie jako takiej. Została ona zbudowana w miejscu, gdzie mieszkali żołnierze odpowiedzialni w średniowieczu za ochronę miasta. Uznano, że bez ufortyfikowanej cytadeli niemożliwe będzie zapewnienie bezpieczeństwa mieszkańcom i kupcom przez cały rok. Niewielki obszar obwarowano potężnym murem wysokim na niemal 10 i szerokim na prawie 4 metry. Kolejne stulecia to okres rozbudowy i umacniania murów Kasby. Właściwa nazwa tego miejsca to Kasba Ul-Udaja, a nazwa wzięła się stąd, że bardzo długo załogę cytadeli stanowili żołnierze wywodzący się z plemienia o takiej samej nazwie. Fortyfikacje są położone w najlepszym z możliwych miejsc. Z jednej strony zabezpieczają miasto, a z drugiej pozwalają kontrolować port. Kasba gwarantowała, że żaden statek europejski, czy to handlowy, czy wojenny, nie mógł wpłynąć do portu bez zgody sułtana, a z drugiej pozwalała kontrolować piratów, którzy przez wieki stanowili plagę okolicznych wód. Czytaj więcej

Świt w Casablance przychodzi wcześnie. Słońce dynamicznie wznosi się nad horyzont i robi się bardzo ciepło. Po południu mam pociąg do Rabatu. Najpierw jednak krótki spacer wzdłuż morza. Chciałem chociaż na chwilę zajrzeć do portu, który jest jednym z najstarszych na naszej planecie. Pierwszy port wznieśli tutaj już Fenicjanie niemal 3000 lat temu. Przez stulecia zmieniał się on i rozwijał, nigdy jednak nie wymarł i nie przestał pełnić funkcji jednego z ważniejszych punktów handlowych w tej części świata. Port to prawdziwy, ciągnący się na długości ponad 10 kilometrów kolos. Dopiero spacer wzdłuż części portowego nadbrzeża bulwarem des Almohades pozwala uświadomić sobie, jak wielką instytucją jest miejski port. Idąc wzdłuż wybrzeża, natykam się naprzeciwko portu rybackiego na charakterystyczną fortecę. To Skala. Kamienny bastion z armatami, który przypomina o tym, że kiedyś część wybrzeża była we władaniu Portugalczyków. Pragnęli oni umocnić swoją władzę w tej części Afryki i w roku 1515 zbudowali for obronny, który nazwali Casa Branca, co znaczy „Biały Dom”. Stąd wzięła się nazwa miasta. Fortecę już w roku 1541 Portugalczycy opuścili, a miejscowi sułtanowie dostosowali ją do własnych potrzeb. Obecnie mieści się tutaj jedna z najmodniejszych restauracji w mieście. Czytaj więcej

Gdyby zapytać mieszkańca Maroka, z czego słynie Casablanka odpowiedziałby bez chwili zastanowienia, że z meczetu. Meczetu niezwykłego, ogromnego i zbudowanego niemal „na wodzie”. Pomysłodawcą budowy tego jednego z najbardziej niezwykłych domów modlitwy był zmarły w roku 1999 król Hassan II. W dniu swoich urodzin w 1980 roku ogłosił on, iż zamierza wznieść najwspanialszy meczet w Afryce. Jak sam powiedział: „Pragnę wznieść meczet, który będzie symbolem Afryki, jak Statua Wolności reprezentuje Stany Zjednoczone”. Pomysł wielu architektom wydał się nieco szalony. Hassan II uznał, że skoro „tron Boga znajduje się na wodzie” to meczet, który zostanie wzniesiony, także ma na niej się znajdować. Architektonicznie było to wykonalne, niemniej koszty, jakie za sobą pociągnęło, sprawiły, że budowa bardzo się przeciągała i była wielokrotnie zagrożona. Czytaj więcej

Obiad zakończony. Aleją króla Hassana II kieruję się ku administracyjnemu sercu francuskiej Casablanki — placowi, który obecnie nosi imię króla Muhammada V. Wokół dawnego centrum administracyjnego tej części francuskiej Afryki zbudowano budynki rządowe i administracyjne, które dziś są jednymi z najcenniejszych zabytków miasta. Wchodzę na plac od strony alei Hassana II. Na skrzyżowaniu z bulwarem de Paris wzniesiono Bank Baghrebu. Ten wzniesiony w roku 1937 roku budynek znacznie większe wrażenie robi od środka niż z zewnątrz. Wieńczy go zielona kopuła, która robi niesamowite wrażenie. Gmach wzniesiono na potrzeby Banc du Maroc, który został założony w roku 1906 i miał na celu wspieranie rozwoju gospodarczego kraju. Po odzyskaniu przez Maroko niepodległości stał się on bankiem centralnym odpowiedzialnym za emisję dirhemów. Czytaj więcej

Hotel, który znalazłem w Casablance jest niezwykły. Afro-arabsko-orientalny. Po wejściu do recepcji wita mnie rzeźba ogromnego indyjskiego słonia oraz tajskiego lwa. Po prawej stronie meczet, po lewej restauracja z najohydniejszymi śniadaniami (o tym dopiero jutro się przekonam), jakie kiedykolwiek podano mi w jakimkolwiek hotelu. Tymczasem recepcja. Ksero paszportu, klucz i wchodzę do pokoju. O dziwo — internet całkiem przyzwoicie działa. Mój pokój jest wyposażony w lodówkę (jej otwarcie sprawia, że wysypuje się na mnie pożywienie, które zostawili podróżnicy nocujący tutaj w ciągu ostatnich kilku miesięcy) łazienkę (zapomniano o ręcznikach) i mydło. Niestety jakoś nie bardzo mogę odnaleźć kołdrę — jej funkcję pełni prześcieradło. Eee… przecież w nocy temperatura spada w okolice zera! Póki co zostawiam rzeczy i ruszam na podbój Casablanki. Pierwsze kroki kieruję ku starej medynie. Precyzyjniej rzecz biorąc, kieruję się ku „Starej Medynie” Takie rozróżnienie jest dość nietypowe jak na Maroko. Uzasadnione, jeśli chodzi o Casablankę, jest tym, że kiedy w latach 30. XX wieku przybyli tutaj Francuzi i zbudowali własne osiedle, to zamiast jak zwykle zastosować nazwę „Nowe Miasto” po prostu nazwali swoją dzielnicę „Nową Medyną”. Ludzie na terenie starej medyny mieszkali „od zawsze”. Niestety niewiele zachowało się ze starożytności czy średniowiecza. Powodem był fakt, że miasto było wielokrotnie nękane trzęsieniami ziemi. Stara medyna otoczona jest w dużej mierze murem obronnym wysokim na około 8 metrów i długim na prawie 4 kilometry. Do roku 1907 mur był bardzo szczelny. W roku tym zaczęto rozbiórkę murów, i zachowała się do dziś dnia zaledwie połowa ich długości. Wchodzę do starej medyny przez chyba najbardziej znaną z jej bram — Bab Marrakesz, czyli Bramę Marakeszu. Nietrudno się domyślić, że jest ona skierowana właśnie w kierunku tego miasta. W przeszłości przy tej bramie swoje mieszkania i kramy mieli Żydzi. Obecnie zostało ich niewielu. Wnętrze starej medyny to plątanina straganów i sklepów. Nie są one tak duże ani kolorowe, jak te w Marrakeszu (nie licząc stoisk z lampami, z których słynie Casablanka), ale i tak warto tutaj pospacerować dłużej, aby poczuć atmosferę miasta. Ponieważ chcę mniej więcej wyobrazić sobie, jak wyglądało Stare Miasto w średniowieczu, staram się je oglądać, trzymając się ulicy Dar al-Makhzen, która do XVIII wieku była główną arterią Casablanki. Przy niej znajduje się m. in. Wielki Meczet, który wzniesiono w roku 1880, a który po wzniesieniu meczetu Hassana II został niemal zapomniany. Czytaj więcej

Poranek. Znów stanowczo za zimno, a kawa nazbyt mocna nawet jak dla mnie. Śniadanie i ruszam zwiedzać. Mam dziś ostatni dzień na Marrakesz, potem ruszam do Casablanki. Po kolei jednak. Spakowałem plecak i zostawiam go na recepcji. Pierwsze kroki kieruję ku jednemu z najbardziej znanych hoteli w tej części świata. Jest nim hotel La Mamounia. Tutaj odpoczywał w czasie II wojny światowej Winston Churchill. Tutaj spotykał się z Franklinem Rooseveltem, aby omawiać plany inwazji na Normandię. W tym hotelu, patrząc na pejzaż Wielkiego Atlasu, brytyjski premier miał oddawać się swojej malarskiej pasji. W końcu w tym hotelu Alfred Hitchcock w roku 1950 nakręcił sceny do swojego filmu: Człowiek, który wiedział za dużo. Hotel jest uważany za najlepszy przykład stylu Art Deco w Maroku. Słynie z ogrodu, jaki się przy nim znajduje, a ma on powierzchnię… 130 tysięcy metrów kwadratowych. Ogród to pozostałość po pałacu księcia Mulaja Mamouna, który panował w XVIII wieku. Obejrzawszy hotel, ruszam na spacer po francuskim nowym mieście. Wieczorem mam pociąg do Casablanki, więc… idealnie się składa. Zdążę jeszcze co nieco zobaczyć w drodze na dworzec. Najpierw jednak do hotelu. Pożegnałem się z właścicielami (chyba byłem przez kilka dni jedynym gościem tutaj), biorę plecak i kieruję się poza mury medyny. Czytaj więcej

Poranek budzi mnie chłodem. Wyjątkowo zimno, nawet jak na 7 rano w tej części Maroka. Kawa, chleb, owoce. Trochę ciężko się zebrać w sobie do ostatecznego obudzenia się. Wyjątkowo wygodnie mi się śpi na tym materacu. Słońce wzeszło, można ruszać zwiedzać. Dziś zacznę od Placu Blacharzy, czyli Place de Ferblantiers. Przylega on do Pałacu el-Badi, który chcę dziś obejrzeć. Wokół placu mieszkało w przeszłości bardzo wielu Żydów. Nadal są tutaj obecni. Tak jak przed wiekami zajmują się złotnictwem i jubilerstwem. Niestety czas sprawia, że złotników żydowskiego pochodzenia z pokolenia na pokolenie jest tutaj coraz mniej… Dłuższą chwilę  oglądam zakłady rzemieślnicze, po czym wchodzę do Pałacu el-Badi.

Zrzut ekranu 2015-11-19 o 14.35.47Przybytek ten zbudował pod koniec XVI wieku Ahmad al-Mansur. Uważa się go za jednego z najpotężniejszych marokańskich sułtanów. Całość sfinansowano z pieniędzy portugalskich. Po tym jak Portugalczycy przegrali bitwę morską pod Alcazarquivir, musieli płacić coroczny okup na rzecz sułtana. Nawiasem mówiąc, za panowania sułtanów z dynastii al-Mansura nie było takiego dziesięciolecia, aby Portugalczycy nie przegrywali jakiegoś starcia zbrojnego na morzu z muzułmańską ramią. Pałac od powstania miał pełnić funkcje reprezentacyjne, a co za tym idzie, miał przede wszystkim olśniewać. Zresztą nazwę właśnie od tego urobiono. El-Badi znaczy tyle, co „niezrównany pałac”. Niestety dziś niewiele zostało z dawnej świetności. Relacje podróżników, którzy oglądali ten przybytek w dobie rozkwitu, mówią, że był on większy i piękniejszy niż hiszpańska Alhambra, na której zresztą go wzorowano. Budowę ukończono na początku XVII wieku, a jego świetność przetrwała zaledwie 70 lat. W roku 1683 sułtan z rodu Alawitów uznał, że pałac nie jest potrzebny i częściowo go zburzono. Rozbiórka miała trwać aż 10 lat, a powodem było to, że nowy władca potrzebował ozdób i materiałów na potrzeby budowy własnej stolicy — Meknes. Jedynym fragmentem pałacu, który nadal lśni przepychem, jest mauzoleum Saadytów. Uważano je w przeszłości za nie najlepiej zrobione i nie najpiękniejsze. W porównaniu z pałacem miało być wręcz skromne. Dziś jednak nadal olśniewa, choć samego pałacu już dawno nie ma. Obecnie z rezydencji, która pierwotnie liczyła 360 pokoi pozostał minibar wykonany z drewna, który pochodzi z meczetu Kutubijja. Został on wykonany w Kordobie w roku 1139, a rzeźbiono go prawie dekadę. Po zbudowaniu w Hiszpanii został rozebrany i przywieziony do Maroka. Staję nieco na uboczu, na wzniesieniu. Obszar, na jakim wznosił się pałac, jest ogromny. Trudno mimo wszystko wyobrazić sobie, jak ogromna musiała być to konstrukcja w czasach swojej świetności. Czytaj więcej