Ostatni etap wizyty w Izraelu był bardzo intensywny. Od razu po śniadaniu ruszam na Stare Miasto, aby przejść kolejne stacje drogi krzyżowej, słynną Via Dolorosa. Co prawda obecna Via Dolorosa ma niewiele wspólnego z drogą, którą szedł Chrystus, ale jest ona obowiązkowym punktem wizyty każdego kto przybywa do Jerozolimy. Obecny kształt droga uzyskała pod koniec XVIII wieku. Oznaczona jest dziewięcioma stacjami. Poprzednio np. w wieku XV stacji było XIV. Ostatnie pięć zostało włączonych do Bazyliki Grobu Świętego.

Do Betlejem pojechać trzeba, pojechać warto, a nie pojechać nie wypada. Zatem zaraz po śniadaniu (na którym do wyboru są miejscowe potrawy z chałwą włącznie – hotel jest arabski) kieruję się na dworzec autobusowy niedaleko Bramy Damasceńskiej. Autobus kosztuje trochę ponad 7 szekli, a odległość to niecałe 10 kilometrów. Betlejem nie leży jednak w Izraelu. Aby tam się dostać przejechać trzeba na teren Autonomii Palestyńskiej (celowo napisane dużymi literami!). W czasie jazdy przez dużą część trasy widać mur, który zbudowali Izraelczycy, aby odgrodzić się od Palestyńczyków.