Poranek. Zimno, mimo że jestem na pustyni i mamy prawie lato! Taki już urok pustyni, Sahary zwłaszcza (wiem, wiem… to jeszcze nie Sahara), że nocą prawie zero stopni, a w dzień nie da się wytrzymać w upale. Wygrzebuję się spod koca i siadam do hotelowego śniadania na tarasie. 7.00 rano, kilkanaście stopni. Gorąca kawa na modłę arabską z ilomaś tam kilogramami kofeiny i cukru w filiżance. Hotel, który wybrałem, jest osobliwy. Skryty między budynkami niemal slumsów, ale — jak na warunki marokańskie — wręcz luksusowy. Ogromne łóżko, które powstało w ten…
Najnowsze komentarze