Kilka słów o mnie…. To będzie trudne. A więc strona na której jesteś drogi internauto jest formą materializacji mojej pasji podróżniczej. Znajdziesz tutaj sporo o podróżach, dalekich krajach i historii miejsc do których udaje mi się w bardziej lub mniej szczęśliwy sposób dotrzeć. Zawsze staram się, aby podane informacje były nie tylko ciekawe, ale też przydatne dla osób, które chciałyby odwiedzić miejsca w których byłem. Pasja podróżowania sprawiła, że udało mi się napisać kilka przewodników turystycznych oraz uruchomić księgarnię dla podróżników, która oferuje nie tylko przewodniki, ale także…


W poszukiwaniu obiadu dotarliśmy do niewielkiej restauracji tuż przy kościele pod wezwaniem świętego Franciszka. Lokal bardzo ładny, a ceny niesamowicie niskie. Za 4 daniowy obiad płacimy około 10 zł. Niesamowite wydaje się, że można tak wiele dań otrzymać za tak niewielką kwotę. Poniżej kilka zdjęć – każde przedstawia inne danie. Naturalnie rozpoczęliśmy od przystawki i zupy, następnie dwa dania główne, deser. Summa summarum, przy deserze już nie było sił na konsumpcję. Nie mogę przestać się dziwić, jak to możliwe, że to kosztuje tak mało…
Po obiedzie wspinamy się ponownie w kierunku dworca autobusowego. Bierzemy taksówkę. Naszym celem jest dotarcie do co najmniej kilku punktów widokowych górujących nad La Paz. Tak niezwykłe miasto musi z góry wyglądać niesamowicie – jak się okaże, nie zawiedziemy się pod tym względem. Najpierw negocjacje z taksówkarzami. Taksówkarz to chyba najbardziej niezwykły zawód na tej planecie. Można odnieść wrażenie, że każda osoba, która prowadzi taksówkę, jest połączona w metafizyczny sposób z innymi kierowcami. Niezwykłe zaś jest to, że nieważne, czy bierzemy taksówkę w Madrycie, Warszawie, Delhi czy La Paz – zawsze możemy być pewni dwóch rzeczy: 1. Cena dla turysty będzie zawsze nieco inna niż dla miejscowych, 2. Taksówkarz nie będzie miał wydać reszty. O ile w kwestii drugiej można się zabezpieczyć, mając przy sobie drobne, to rozwiązanie problemu numer jeden wymaga już nieco więcej wysiłku. Poradziliśmy sobie z tym w sposób następujący. Najpierw grzecznie maszerujemy do punktu informacji turystycznej. Pytamy tam ile powinna kosztować taksówka do interesujących nas miejsc. Następnie wiedzę tę potwierdzamy w co najmniej jednym niezależnym źródle (idealnie – w kantorze/barze). Dlaczego wymagane jest potwierdzenie/weryfikacja wiedzy z informacji turystycznej/kasy biletowej? Otóż często zdarza się, że… korporacje taksówkarskie „współpracują” (mówiąc inaczej opłacają) z pracownikami tychże instytucji. Szansa zaś na to, że taksówkarz współpracuje z właścicielem kantoru jest nikła (aby nie powiedzieć, że żadna). W naszym przypadku wiedza uzyskana w punkcie informacji turystycznej jak najbardziej się potwierdza. W przeliczeniu nasz kurs nie powinien kosztować więcej jak 10 zł do każdego z interesujących nas miejsc. Krótkie negocjacje (z podkreśleniem, że znamy cennik) i wsiadamy do pojazdu.

Trudno znaleźć region świata, który byłby bardziej chrześcijański niż Ameryka Łacińska. Nie chodzi mi w tym miejscu o statystyczną liczbę chrześcijan w stosunku do ogółu społeczeństwa. Co to, to nie. Rzecz raczej w tym, jaki stosunek do religii mają Ci, którzy są jej wyznawcami. W Boliwii nie można być chrześcijaninem „od święta”. Trzeba z niemal mistyczną powagą „zajmować się” religią na co dzień. Pod względem tego, jak ważną rolę w życiu codziennym odgrywa religia z mieszkańcami Boliwii mogliby się równać chyba tylko obywatele państwa Watykan. Z drugiej strony chyba w niewielu regionach Ameryki Południowej nie jest tak bardzo widoczna swoista symbioza, jaka powstała w wyniku setek lat, lepiej lub gorzej prowadzonej, „chrystianizacji”. Mamy w Boliwii żarliwych chrześcijan, którzy zamiast do lekarza idą do czarownika i mamy też szamanów, których można spotkać „po pracy” w kościele. Ba! Nawet można przed nabożeństwem porozmawiać z nimi i umówić się na wizytę, np. w celu wyleczenia bólu brzucha. Co warte podkreślenia, obydwie strony (tj. czarownicy i księża) nie widzą żadnego problemu w tym, że te dwa światy (magii i religii) koegzystują ze sobą – choć może lepiej powiedzieć, że istnieją obok siebie. W Boliwii powstał niezwykle ciekawy system „nie przeszkadzania sobie nawzajem”. Szamani nie psioczą na księży, a duchowni (np. katoliccy) starają się bardzo ostrożnie (jeśli w ogóle) krytykować miejscowe zwyczaje czy obrzędy. Jeśli już krytykują, to czynią to w sposób zawoalowany, zazwyczaj poprzez przywołanie jakiejś biblijnej przypowieści (przy czym tutaj także wybiera się te „łagodniejsze” w wymowie). Czytaj więcej

Często, gdy jedzie się do Boliwii, słyszy się, że to „bardzo niebezpieczne miejsce”. Gdyby kierować się zasłyszanymi (i wyczytanymi w przewodnikach turystycznych!) opiniami, to nigdy, żaden turysta nie powinien ruszać do Boliwii! Na szczęście te „miejskie legendy” często niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Najczęściej jest tak, że powstały one w latach 90. XX wieku i opisują sytuację z tego właśnie okresu. Tworząc kolejny wpis na blog, który ukaże się niebawem, pozwoliłem sobie na krótką refleksję w formie video na temat bezpieczeństwa w La Paz.

Wysiedliśmy na dworcu autobusowym w La Paz i… tutaj miłe zaskoczenie. Hotel, który udało nam się wcześniej zarezerwować, znajduje się zaledwie kilkanaście metrów w linii prostej od dworca. W „linii prostej” zaś jest tutaj wyrażeniem kluczowym. Chyba nigdzie człowiek tak bardzo nie doświadcza brutalnego znaczenia tej zbitki dwóch słów jak w tym boliwijskim mieście. Dlaczego? Otóż La Paz słynie w świecie jako miasto ogromnych różnic w wysokości. Niektóre ulice są tak strome, że trzeba po nich się niemal wspinać. Zwiedzanie wymaga albo korzystania z taksówek, albo żelaznej wręcz kondycji fizycznej. Z drugiej jednak strony gwarantuje niezapomniane wręcz widoki…
Dworzec w La Paz. Warto napisać o nim choćby kilka słów. Nie jest to bowiem zwykły dworzec. Został on zaprojektowany przez Gustave’a Eiffela. Budynek jest przestrony, można na nim korzystać z darmowego Wi-Fi. Został niedawno odnowiony. Zrobiwszy kilka zdjęć i wymieniwszy walutę (na dworcu znajduje się kantor – kursy niezbyt korzystne, ale wygodnie i blisko). Jak zwykle bardzo dokładnie obejrzano banknoty, czy aby nie są uszkodzone. Taki już urok Ameryki Południowej, banknot amerykański musi być idealny, najlepiej prosto z drukarni. Swoją drogą to zaskakujące. Teoretycznie przyjmowanie „idealnych” banknotów ma za zadanie ułatwić rozpoznanie fałszywek. Jakoś jednak nikt ani w kantorach, ani wśród cinkciarzy, ani sprzedawców ulicznych (którzy czasami przyjmują dolary) nie potrafił mi wyjaśnić oczywistej sprzeczności logicznej. Tłumaczyłem, że jeśli banknot jest używany, to oznacza, że ludzie nim płacili. Co za tym idzie, prawdopodobieństwo, że będzie oryginalny jest większe, niż w przypadku banknotu wyglądającego jakby był wyjęty „prosto z drukarki”. Nikt jakoś nie potrafił wyjaśnić (a może nie chciał?). Czytaj więcej
Najnowsze komentarze