Wcześnie rano pobudka w hotelu w Agadirze. Hotel bardzo tani: 17 dolarów za noc ze śniadaniem. Posiłek skromny, ale bardzo pożywny – zresztą kilka zdjęć poniżej. Po śniadaniu pakuję plecak i łapię taksówkę na dworzec autobusowy. Leży on poza centrum miasta, co ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że można bez trudu  kupić jedzenie na drogę. Minusem jest niestety fakt, że trzeba targować się z taksówkarzem. Za 20 dirham dowozi mnie na miejsce. Mam godzinę do odjazdu. Autobusy linii Supr@tours są wygodne. Znacznie wygodniejsze niż np. jeżdżące w Polsce pojazdy Polskiego Busa. Wybrałem autobus pierwszej klasy. Różnica w cenie to zaledwie 30 dirham między pierwszą a drugą klasą, a jakość podróży jest nieporównywalna. Przede wszystkim prywatny fotel (układ siedzeń 1 + 2 ) oraz świetnie działające na całej długości trasy Wi-Fi. Jedyne czego mi brakowało to gniazdko elektryczne, ale można przeżyć i bez niego. Podróż zajmuje ponad 5 godzin, a po drodze można podziwiać krajobrazy półpustynne oraz górskie. Po drodze krótki postój. W końcu, po południu, docieram do Marrakeszu. Przystanek mieści się poza centrum historycznym. Taksówka i już w plątaninie uliczek próbuję odnaleźć hotel. Po kilkunastu minutach  udaje się to. Hotel jest ukryty w zaułkach marokańskiej Mdiny. Czytaj więcej

Mam strasznie duże opóźnienia w pisaniu na moim podróżniczym blogu. Kilka podróży już odbyłem (o których muszę napisać), jestem w trakcie kolejnej i kilka kolejnych mam w planach. Mam nadzieję, że uda mi się choć odrobinę nadrobić, siedząc w samolotach J! Powodem opóźnienia są dwa szalenie ciekawe projekty, które rozwijam. Pierwszy to od ponad roku już istniejący projekt Biblia Taniego Latania. Oprócz książki organizuję szkolenia online i „offline”, no i rzecz jasna warsztaty poświęcone tematyce taniego podróżowania. Drugi projekt to pierwszy w Polsce magazyn poświęcony taniemu podróżowaniu: Magazyn BTL – pierwszy numer już jest i to zupełnie za darmo! Wracając jednak do przeszłości. Od mojego powrotu z Tallina minęło kilka dni i znów znalazłem się na Lotnisku Ławica w Poznaniu. Po kolei jednak…

Podróż do północno-zachodniej Afryki przydarzyła mi się  przypadkiem. Pierwszy raz od dłuższego czasu jadę sam. Cała podróż zorganizowana została nieco na „wariackich papierach”. Siedząc nad darmowym rozdziałem do Biblii Taniego Latania (można go pobrać TUTAJ) i przeglądając błędy w systemach rezerwacyjnych linii czarterowych, natrafiłem na bardzo tanie bilety z Poznania do Agadiru. Przelot w dwie strony za 197 zł! Niewiele się namyślając, kupiłem i… okazało się to decyzją słuszną, gdyż zaraz po tym jak na mojej skrzynce e-mail wylądował e-tix (bilet elektroniczny) cena biletów na zakupione przeze mnie połączenie w wybranej dacie podskoczyła do 425 zł. Znów super tania podróż! No tak… nieco last minute, bo bilet kupiony w środę wieczorem, a samolot w piątek o godzinie 14.00. Taki już urok błędów taryfowych. Czytaj więcej

Szybko mija czas w stolicy Estonii. Dużo do zobaczenia, a niestety czasu mało, bo już jutro samolot PLL LOT zabierze mnie do Warszawy. Kieruję się na ulicę Pikk, czyli dosłownie „ulicę Długą”. Wiedzie ona od podnóża wzgórza Toompea, aż do Wielkiej Bramy Morskiej. Przez wieki była najważniejszą arterią miejską, centrum życia handlowego i kulturalnego. Dziś jest jedną z najpiękniejszych tallińskich ulic, pełna zabytków i kawiarni.

Zwiedzanie ulicy rozpoczynam od gmachu Wielkiej Gildii. Powstała ona w XIV wieku i skupiała najbogatszych kupców. Gildia była jedną z najpotężniejszych organizacji w tej części Estonii – kontrolowała niemal cały handel w Tallinie. Aby zostać jej członkiem, należało spełnić szereg warunków. Najważniejsze to: należeć do Bractwa Czarnogłowych (skupiało ono nieżonatych mężczyzn z dobrych domów), być żonatym oraz być poddanym króla. Oprócz tego należało posiadać minimum 1 okręt do transportu towarów i minimum 1 nieruchomość w mieście. Gmach, w którym mieści się obecnie Estońskie Muzeum Historyczne wzniesiono w 1410 roku. Zwiedzać można go od piwnic po dach – każda sala została dostosowana na potrzeby muzealnej ekspozycji. Bilet kosztuje mnie 5 euro – warto. Muzeum jest nowoczesne i multimedialne. Trzeba jednak pamiętać, że ogranicza się ono do tego jednego budynku, a co za tym idzie… nie jest zbyt duże. Niemniej sama możliwość spacerowania po historycznych salach to ciekawa przygoda.

Naprzeciwko gmachu Wielkiej Gildii wznosi się Muzeum Marcepanów. Jakoś fanem słodyczy nigdy nie byłem, ale wystawa jest tak przyciągająca, że żal nie zajrzeć do środka. Muzeum to w istocie sklep, gdzie można nabyć słynne marcepany, a przy okazji zobaczyć, jak niezwykłe przedmioty można z marcepanu wykonać. Początki tego miejsca sięgają roku 1806, kiedy to szwedzki cukiernik Lorenz Caviezel otworzył tutaj swój zakład. Firma zasłynęła niezwykłymi możliwościami, jakie dawał opracowany według własnej receptury marcepan. Charakteryzował się on trwałością oraz… elastycznością, co sprawiało, że można było z niego rzeźbić i lepić dowolne kształty. Pod koniec XIX wieku produkowane tutaj figurki marcepanowe osiągały horrendalne ceny za granicą – głównie w Rosji. Czytaj więcej

Obiad w Tallinie można zjeść na wiele sposobów. Niestety, jeśli ktoś lubi zwiedzać, to ma problem: BRAK czasu. Wszak mam tylko 48 godzin na zwiedzenie stolicy Estonii! Z braku innej możliwości zamawiam na szybko zupę i pierwsze z brzegu „danie główne”. Szybkie posilenie się i ruszam zwiedzać „w dół”. W dół jest tutaj jak najbardziej na miejscu, gdyż trzeba zejść z najwyższego szczytu w tej części Estonii.

Górne miasto opuszczam, przechodząc przez wąską bramę nazywaną Luhike jalg, czyli „Krótka noga”. Wybrukowaną ulicą schodzę do dawnego kościoła św. Mikołaja, który obecnie jest placówką muzealną. Pewnym paradoksem jest to, że większość ekspozycji stanowi wyposażenie kościoła, który tutaj się mieścił. Świątynię zbudowano w XIII wieku. Inicjatorami budowli był Zakon Kawalerów Mieczowych, który został do Tallina sprowadzony przez kupców niemieckich. Wybrali oni na patrona świątyni swojego patrona – św. Mikołaja. O wyjątkowości świątyni świadczyły (do dziś można je oglądać) elementy ołtarza głównego, który w XV wieku wykonany został przez Hermana Rode. Funkcję sakralną budowla przestała pełnić w roku 1984, kiedy przerobiono ją na muzeum. Jest on dziś częścią Estońskiego Muzeum Sztuki. Z uwagi na fenomenalną akustykę jest jednym z ulubionych miejsc dla organizacji koncertów. Bilet kosztuje 3,20 euro. Ekspozycja jest opisana po angielsku, więc jej zwiedzanie jest przyjemne i bardzo łatwe. Największe wrażenie zrobił na mnie nawet nie tyle ołtarz główny (mimo że imponujący), co znajdujący się w kaplicy świętego Antoniego obraz pędzla Bernta Notke zatytułowany Dans Macabre. Jakoś zawsze kiedy mam okazje oglądać Taniec Śmierci, niezależnie od tego kto jest autorem, to czas na chwilę zwalnia. To co można dziś oglądać to zaledwie niespełna ośmiometrowy fragment z obrazu, który miał być (zgodnie z opisami) długi na 30 metrów. Czytaj więcej