Poranek. Znów stanowczo za zimno, a kawa nazbyt mocna nawet jak dla mnie. Śniadanie i ruszam zwiedzać. Mam dziś ostatni dzień na Marrakesz, potem ruszam do Casablanki. Po kolei jednak. Spakowałem plecak i zostawiam go na recepcji. Pierwsze kroki kieruję ku jednemu z najbardziej znanych hoteli w tej części świata. Jest nim hotel La Mamounia. Tutaj odpoczywał w czasie II wojny światowej Winston Churchill. Tutaj spotykał się z Franklinem Rooseveltem, aby omawiać plany inwazji na Normandię. W tym hotelu, patrząc na pejzaż Wielkiego Atlasu, brytyjski premier miał oddawać się swojej malarskiej pasji. W końcu w tym hotelu Alfred Hitchcock w roku 1950 nakręcił sceny do swojego filmu: Człowiek, który wiedział za dużo. Hotel jest uważany za najlepszy przykład stylu Art Deco w Maroku. Słynie z ogrodu, jaki się przy nim znajduje, a ma on powierzchnię… 130 tysięcy metrów kwadratowych. Ogród to pozostałość po pałacu księcia Mulaja Mamouna, który panował w XVIII wieku. Obejrzawszy hotel, ruszam na spacer po francuskim nowym mieście. Wieczorem mam pociąg do Casablanki, więc… idealnie się składa. Zdążę jeszcze co nieco zobaczyć w drodze na dworzec. Najpierw jednak do hotelu. Pożegnałem się z właścicielami (chyba byłem przez kilka dni jedynym gościem tutaj), biorę plecak i kieruję się poza mury medyny. Czytaj więcej

Poranek budzi mnie chłodem. Wyjątkowo zimno, nawet jak na 7 rano w tej części Maroka. Kawa, chleb, owoce. Trochę ciężko się zebrać w sobie do ostatecznego obudzenia się. Wyjątkowo wygodnie mi się śpi na tym materacu. Słońce wzeszło, można ruszać zwiedzać. Dziś zacznę od Placu Blacharzy, czyli Place de Ferblantiers. Przylega on do Pałacu el-Badi, który chcę dziś obejrzeć. Wokół placu mieszkało w przeszłości bardzo wielu Żydów. Nadal są tutaj obecni. Tak jak przed wiekami zajmują się złotnictwem i jubilerstwem. Niestety czas sprawia, że złotników żydowskiego pochodzenia z pokolenia na pokolenie jest tutaj coraz mniej… Dłuższą chwilę  oglądam zakłady rzemieślnicze, po czym wchodzę do Pałacu el-Badi.

Zrzut ekranu 2015-11-19 o 14.35.47Przybytek ten zbudował pod koniec XVI wieku Ahmad al-Mansur. Uważa się go za jednego z najpotężniejszych marokańskich sułtanów. Całość sfinansowano z pieniędzy portugalskich. Po tym jak Portugalczycy przegrali bitwę morską pod Alcazarquivir, musieli płacić coroczny okup na rzecz sułtana. Nawiasem mówiąc, za panowania sułtanów z dynastii al-Mansura nie było takiego dziesięciolecia, aby Portugalczycy nie przegrywali jakiegoś starcia zbrojnego na morzu z muzułmańską ramią. Pałac od powstania miał pełnić funkcje reprezentacyjne, a co za tym idzie, miał przede wszystkim olśniewać. Zresztą nazwę właśnie od tego urobiono. El-Badi znaczy tyle, co „niezrównany pałac”. Niestety dziś niewiele zostało z dawnej świetności. Relacje podróżników, którzy oglądali ten przybytek w dobie rozkwitu, mówią, że był on większy i piękniejszy niż hiszpańska Alhambra, na której zresztą go wzorowano. Budowę ukończono na początku XVII wieku, a jego świetność przetrwała zaledwie 70 lat. W roku 1683 sułtan z rodu Alawitów uznał, że pałac nie jest potrzebny i częściowo go zburzono. Rozbiórka miała trwać aż 10 lat, a powodem było to, że nowy władca potrzebował ozdób i materiałów na potrzeby budowy własnej stolicy — Meknes. Jedynym fragmentem pałacu, który nadal lśni przepychem, jest mauzoleum Saadytów. Uważano je w przeszłości za nie najlepiej zrobione i nie najpiękniejsze. W porównaniu z pałacem miało być wręcz skromne. Dziś jednak nadal olśniewa, choć samego pałacu już dawno nie ma. Obecnie z rezydencji, która pierwotnie liczyła 360 pokoi pozostał minibar wykonany z drewna, który pochodzi z meczetu Kutubijja. Został on wykonany w Kordobie w roku 1139, a rzeźbiono go prawie dekadę. Po zbudowaniu w Hiszpanii został rozebrany i przywieziony do Maroka. Staję nieco na uboczu, na wzniesieniu. Obszar, na jakim wznosił się pałac, jest ogromny. Trudno mimo wszystko wyobrazić sobie, jak ogromna musiała być to konstrukcja w czasach swojej świetności. Czytaj więcej

Wkraczam w mury medyny. No, ale zanim o tym, wypadałoby powiedzieć, czym właściwie jest medyna. Najogólniej rzecz biorąc, w świecie arabskim określa się w ten sposób stare miasto, które jest otoczone murem, zazwyczaj obronnym. Medyna w Marrakeszu jest wyjątkowa — ogromna plątanina uliczek, sklepów, straganów i meczetów. Samochody niemal nie mogą tu wjeżdżać (z wyjątkiem karetek i pojazdów dostawczych, ale i te mogą się poruszać w bardzo ograniczonym zakresie na tak wąskich uliczkach, a często nie mogą w ogóle wjechać). Medyna marrakeska powstała najprawdopodobniej w XI wieku. Od tamtej pory niemal nieustannie się rozrasta (mimo, że teoretycznie otaczają ją mury. Obecnie znajduje tutaj pracę bagatela ponad 40 tysięcy rzemieślników i kupców. Do tego doliczyć należy niecałe 1000 hoteli o różnym standardzie. Imponujące. Medyna marrakeszańska wpisana została w roku 1985 na listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO. Trudno rozpocząć zwiedzanie medyny jakiekolwiek arabskiego miasta (przynajmniej w moim przypadku) od innego miejsca niż ogromne targowisko — souki (l.pojedyncza — souk). Rozciągają się one na północ od placu Dżemaa el-Fna. Co ważne, podział jest tutaj nadal bardzo wyraźny: każdy souk oferuje inny rodzaj dóbr. Dla przykładu w souk Zarbia gromadzą się sprzedawcy dywanów, w souk el-Attarin można kupić wszelkiej maści pachnidła i półprodukty do jej produkcji (często można tutaj spotkać przedstawicieli najbardziej znanych francuskich firm produkujących kosmetyki), natomiast np. souk desbabouches to miejsce szczególnie oblegane przez turystów, gdyż gromadzą się tutaj sprzedawcy tradycyjnego marrakeszeńskiego obuwia.
Czytaj więcej

Poranek. Zimno, mimo że jestem na pustyni i mamy prawie lato! Taki już urok pustyni, Sahary zwłaszcza (wiem, wiem… to jeszcze nie Sahara), że nocą prawie zero stopni, a w dzień nie da się wytrzymać w upale. Wygrzebuję się spod koca i siadam do hotelowego śniadania na tarasie. 7.00 rano, kilkanaście stopni. Gorąca kawa na modłę arabską z ilomaś tam kilogramami kofeiny i cukru w filiżance. Hotel, który wybrałem, jest osobliwy. Skryty między budynkami niemal slumsów, ale — jak na warunki marokańskie — wręcz luksusowy. Ogromne łóżko, które powstało w ten sposób, że na kamiennej podłodze ułożono około 3 metry kwadratowe materacy o grubości prawie metra. Wygodnie i ciepło. Przy łóżku stoliczek, na nim dzbanek herbaty, szklanka i nieco słodyczy marokańskich. Dzbanek opróżniłem wieczorem, na szczęście do śniadania podano mi nowy dzbanek i nie tylko herbatę, lecz także kawę i sok pomarańczowy. Zagaduję właścicieli tego przybytku, czy dużo turystów się tutaj zatrzymuje. Jestem pierwszym od miesiąca. Dziwne jak dla mnie. Przypuszczam, że slumsowa okolica sprawia (chociaż slumsy to nie są, ale tak wyglądają), że turyści, nieco odstraszeni, nie mają ochoty zagłębiać się w zakamarki ulic starego miasta.

Rozgrzałem się i ruszam na Dżemaa el-Fna. Plac o poranku to ciekawe miejsce. Puste, jakby bez życia. Kupuję nieco orzechów i kieruję się ku meczetowi Kutubijja — jednemu z najpiękniejszych tego typu obiektów w Afryce Północnej, który stał się wzorem dla późniejszych budowli. Muzułmanie z tej części świata szczególną estymą darzą jego minaret — wysoki na 69 metrów, wzór setek, jeśli nie tysięcy, innych minaretów. Widać go z każdego zakątka miasta i jest to idealny punkt orientacyjny. Meczet-gigant, aczkolwiek nie tak imponujący, jak ten w Casablance.

Meczet (właściwie jego pierwowzór) wzniesiono w połowie XIII wieku za rządów sułtana Abd al-Mumina. Niestety pierwotna budowla została… od razu rozebrana. Architekci nieprawidłowo wymierzyli ściany, a tym samym mihrab nie wskazywał kierunku na Mekkę. Pozostałości pierwotnej konstrukcji można nadal oglądać obok współczesnego meczetu — łatwo je rozpoznać po wystających z ziemi szeregowo ułożonych ociosanych kamieniach. Meczet, tym razem z poprawnym układem ścian, zbudowano obok fundamentów dawnej świątyni. Nazwa Kutubijja znaczy tyle, co „meczet dla bibliotekarzy”. Nazwa wzięłaś się stąd, że przez wieki przy meczecie znajdował się targ, na którym handlowano książkami. Wchodzę do ogrodów otaczających świątynię, aby nieco odpocząć i z bliska przyjrzeć się minaretowi. Ogród jest otwarty całą dobę, a wstęp jest wolny. Wysoką na 11 metrów wieżę wzniesiono z piaskowca, a wieńczy ją  iglica z czterema kulami, które wyglądają jakby ponawlekano je na stalową konstrukcję. Ciekawa jest geneza takiego założenia architektonicznego. Pierwotnie kule miały być wykonane ze złota. O ile same kule to nic niezwykłego (prawie każdy meczet w Maroko je posiada – symbolizuję Mekkę, Medynę i Jerozolimę), o tyle tutaj nie o fakt istnienia kul, co o ich liczbę chodzi. Zamiast trzech, na wieży są aż cztery kule. Zgodnie z miejscowymi podaniami czwartą kulę ze złota kazała wykonać jedna z żon sułtana, która przeznaczyła na ten cel cały swój majątek. Chciała ona w ten sposób odkupić grzech, jakiego się dopuściła —nie pościła w ramadanie. Nie wiemy, dlaczego kula powstała i w jakim celu. Faktem jednak jest, że do dziś uczeni wiodą spory o jej genezę.

Obejrzawszy meczet, ruszam pod Bab Agnaou — najpiękniejszą z bram, która prowadzi do starego miasta. Monumentalne fortyfikacje otaczające Marrakesz zachowały się w doskonałym stanie i świadczą o niegdysiejszej potędze miasta. Najstarsze fragmenty murów miejskich sięgają XII wieku. Większość pochodzi z wieku XVI. Patrzę na ogromną bramę, staram się przyjrzeć detalom, co jest dość trudne, jeśli ciągle coś przejeżdża. Szybka decyzja — ruszam pieszo wzdłuż murów, aby obejrzeć wszystkie bramy! Trochę to szalone w tym upale i wobec faktu, że do przejścia jest kilkanaście kilometrów, ale… dlaczego właściwie tego nie zrobić? Wszak nie można poznać żadnego miejsca dokładnie, jeśli nie przemierzy się go na własnych nogach. Nie poznałbym topografii Konstantynopola, gdybym murów morskich nie obszedł na własnych nogach. Podobnie nie ogarnąłbym umysłem wielkości piramid w Gwatemali, jeśli na nie nie wszedłbym w pocie czoła. Mury to wyzwanie, ruszam je obejść. Przecież to tylko kilkanaście kilometrów… Czytaj więcej