Znowu jesteśmy w Negombo. Znowu plaża, szum oceanu, żagle na horyzoncie. Kilka dni na wypoczynek, regenerację i mentalne przygotowanie się do powrotu do zimnej Polski. Chodzimy po mieście, zaglądamy do miejscowych sklepików i kawiarni. W końcu przychodzi dzień powrotu. Niechętnie, bardzo niechętnie, pakujemy nasze rzeczy. Schodzimy do hotelowej restauracji. Filiżanka kawy, sprawdzam, co się dzieje na fanpage’u Biblii Taniego Latania (w kolejnym wpisie napiszę więcej o tej książce) i odliczamy minuty do pożegnania Cejlonu. Godzina 15.00 – pod hotel podjeżdża Tuk-Tuk. Dzień wcześniej ustaliliśmy z kierowcą, że za 1000 rupii zawiezie nas na lotnisko. Wsiadamy nieco bardziej obciążeni bagażem niż wówczas, gdy przylecieliśmy na Sri Lankę. Cóż… taki już urok podróży, że przywozi się do domu nie tylko bagaż doświadczeń, ale także ten nieco bardziej materialny. Lotnisko w Kolombo jest niezwykłe. Jest to chyba jedyne lotnisko na jakim byłem, gdzie ceny są „normalne”. Jeśli butelka Coca Coli kosztuje w mieście 1 dolara to na lotnisku także 1 dolara. Niezwykłe… Odprawa celno-paszportowa i czekamy na nasz wieczorny lot. W końcu wsiadamy do samolotu i… delikatnie odrywamy się od ziemi, pozostawiając za sobą magiczny Cejlon.
Czytaj więcej

Deszcz zastał nas, gdy wysiedliśmy z autobusu w Anuradhapura. Zaraz, wysiedliśmy z autobusu w zaginionym mieście? Dokładnie tak. No ale dlaczego ono jest zaginione skoro wysiada się w nim „z autobusu”? Taka właśnie jest Sri Lanka. Paradoks goni paradoks… Pisząc zaś cokolwiek na blogu, trzeba te paradoksy tak poukładać, aby narracja miała jakikolwiek sens. Czasami jest to zaś o tyle trudne, co wręcz niemożliwe…

Legenda…

Aby powiedzieć cokolwiek o Anuradhapura, trzeba opowiedzieć legendę. Legenda przechodzi w historię spisaną na kartach syngaleskiego buddyjskiego państwa, którego stolicą była właśnie Anuradhapura. Według legendy początek miastu miała dać mniszka buddyjska Sanghamitta. Przybyła ona na Cejlon i ofiarowała Devanampiyatissowi gałąź ze świętego drzewa Bodhi, pod którym miał medytować i doznać oświecenia Budda. Drzewo rośnie do dziś dnia i jest to najstarsza tego typu roślina na świecie – co zostało udokumentowane. Jakby nie liczyć drzewo ma ponad 2600 lat. Anuradhapura była miastem gigantycznym. Do dziś nie odkopano wszystkich budynków ją tworzących. Ogrom sprawił, że było ono nie do obronienia w przypadku najazdu zbrojnego i po kilkuset latach rozwoju, w XI wieku wraz z upadkiem państwa, miasto opustoszało. Dżungla zawładnęła tym terenem i pozostało ono tylko w legendach o „ogromnym, bogatym i tajemniczym” mieście w sercu Cejlonu. Legendy o „zaginionym mieście” inspirowały rzesze podróżników i awanturników. Zainspirowały także brytyjskiego gubernatora Cejlonu, który nakazał zorganizowanie kilku ekspedycji w poszukiwaniu miasta. W końcu, w roku 1820, jedna z wypraw odkryła potężne ruiny Anuradhapura. Brytyjczycy nie zdawali sobie długo sprawy, jakich rozmiarów była metropolia. Obecnie szacuje się, że obejmuje ona obszar prawie… 40 kilometrów kwadratowych, a znaczna jej część nie została przebadana przez archeologów. Czytaj więcej

Budzi nas stukot kropel deszczu o falistą blachę, z której wykonano zabezpieczenia okien naszego „prawie bungalowa”. Siódma rano. Mrówki zaatakowały! Strzepujemy je z pościeli i wygrzebujemy się spod moskitiery. Trzeba się wykąpać (tzn. podjąć próbę, bo nie wiadomo, czy bieżąca woda jest w kranie) i spakować. Plan na dziś mamy bardzo, ale to bardzo ambitny. Chcemy dotrzeć do słynnej Polonnaruwy, ogromnego kamiennego miasta ruin, stup i mnichów, a także, a może przede wszystkim, majestatycznego posągu Umarłego Buddy. Dlaczego zaś plan jest ambitny? Z jednej strony ogrom do zobaczenia, a z drugiej wieczorem mamy autobus, który zabierze nas do kolejnego punktu w naszym planie eksploracji Sri Lanki. Póki co jednak, trzeba się zebrać w sobie, pośpieszyć i wsiadać do Tuk-Tuka. Dogadaliśmy się z kierowcą, że za 5 tysięcy rupii wynajmujemy jego pojazd wraz z nim samym i zabierze on nas do Polonnaruwy. Nieco drogo, ale kierowca po pierwsze zapewnił, że zna cały kompleks archeologiczny (mówił prawdę, jak się potem okazało) i że pokaże nam wszystkie warte uwagi miejsca oraz nieco o nich opowie (no z tym opowiadaniem to nie było najlepiej J). O 7.30 meldujemy się przy Tuk-Tuku i ruszamy. Po drodze zatrzymujemy się przy znajomej piekarni, aby zakupić śniadanie i kolejną godzinę spędzamy w drodze do celu naszej podróży, zajadając się miejscowymi przysmakami. Podróż mija miło, nie pada, wiatr zapewnia miły chłód. Nieco za mocno przygrzewa słońce jak na tę porę dnia, ale dzięki temu po drodze można poobserwować dzikie słonie, które wygrzewają się o poranku. Czytaj więcej

Trudno wyobrazić  sobie wizytę na Cejlonie bez zwiedzenia chyba najbardziej znanego w świecie zabytku jaki się tutaj znajduje. Jest nim Sigirija – gigantycznych rozmiarów, wysoka na 180 metrów skała, na szczycie której znajdował się pałac królewski oraz warownia obronna. Nasza podróż do Sigiriji zaczęła się w Kandy. Jak zwykle pobudka wcześnie rano i wizyta na targu. Następnie żwawym krokiem ruszamy na dworzec autobusowy. No dobrze, niezbyt żwawym, bo owa żwawość zakończyła się na „drzwiach” Tuk-Tuka. Nie chodzi bynajmniej o to, że jesteśmy leniwi i iść się „nie chciało”, ale czasu nam szkoda, a ceny Tuk-Tuków są bardzo niskie. Nie bez znaczenia jest też fakt, że nie jest najprostszą rzeczą znaleźć dworzec autobusowy i pojazd nas interesujący. W Kandy generalnie działają dwa dworce autobusowe. Pierwszy to „local bus station”, z którego jeżdżą autobusy wszędzie, ale nie dalej niż 30-40 km od miasta. Drugi to „intercity bus station”. Aby było zabawniej obydwa znajdują się po dwóch stronach jednej drogi, a otoczone straganami są dość trudne do odnalezienia (i rozróżnienia). Kierowca Tuk-Tuka zaś bezbłędnie je identyfikuje. Z drugiej strony znaleźć „jakikolwiek” autobus w Kandy to żaden problem. Wręcz przeciwnie, trzeba bowiem przed autobusami niemal uciekać. Dziesiątki, setki pojazdów, niczym pszczoły wokół ula, krąży w okolicach dworca kolejowego (i jak tu nie dać się rozjechać?!). My na szczęście nie musimy uprawiać slalomu między pojazdami z bagażami. Wysiadamy niemal pod autobusem. Międzymiastowy autobus do Dambula kosztuje 200 rupii za osobę. Pojazd wygodny, klimatyzowany. Do tego musimy dopłacić 400 rupii za bagaż – nasza walizka i plecak zajmują dwa miejsca siedzące. W sumie więc 800 rupii za przejazd, który potrwa ponad 2 godziny. 25 złotych za całość… nieźle. A gdyby nie nasz bagaż, to przejazd kosztowałby nas po jakieś 6 zł za osobę. Klimatyzacja spisuje się doskonale, bus ma niezłe zawieszenie – prawie w ogóle się nie obijamy na lankijskiej drodze. Jedynym minusem, jak ze wszystkim na Sri Lance, jest to, że… trochę mało tu miejsca przy moim wzroście. Jednak Lankijczycy są znacznie niżsi niż 7 stóp.

Czytaj więcej