Wstajemy bardzo wcześnie i łapiemy autobus. Kierunek Uxmal — najpotężniejszy kompleks ruin Majów, jaki zachował się do naszych czasów. Podróż nie zajmuje długo, ale ponieważ kierowca za punkt honoru stawia sobie używanie klimatyzacji w swoim pojeździe, przeżywamy półtoragodzinny szok termiczny.

Autobus zatrzymuje się przed wejściem do Zona Archeologica. Wchodzimy i… przed nami rozpościera się niesamowity widok. Gigantyczne piramidy, które sięgają wysoko ponad linię dżungli, potężne świątynie, które mimo że w ruinie, nadal zapierają dech w piersiach. Uxmal to kolos znacznie bardziej imponujący niż jakiekolwiek miasto Majów, jakie widziałem. Stoimy na obszarze zrujnowanych (aczkolwiek nadal ogromnych) pałaców, a w oddali widzimy kamienne konstrukcje sięgające wysoko ponad linię lasu. Nazwa Uxmal w języku Majów znaczy „budowany trzy razy”. Kiedy człowiek wchodzi na potężną Piramidę Wróżbity, ma wrażenie, że nie trzy, ale co najmniej kilka razy więcej musiano wznosić takiego kolosa. Konstrukcja schodkowa piramidy połączona z wąskimi i stromymi schodami sprawia, że nagle czujemy się wyjątkowo maleńcy w obliczu kamiennego kolosa. Zaskakujące to nieco. Piramida nie jest jakoś szczególnie wysoka — około 38 metrów. Konstrukcja jej jednak sprawia, że wejście to prawdziwe wyzwanie. Ze szczytu rozpościera się niesamowity widok. Siadamy i robimy zdjęcia. Czytaj więcej

Znów na dworzec ADO i znów jedziemy. W końcu wjeżdżamy na Jukatan! Półwysep piramid, dżungli i pięknych plaż. Docieramy do jednego z najważniejszych miast obronnych w tej części świata w XVIII wieku — Campeche. Zanim pojawili się tutaj Hiszpanie i otoczyli miasto potężnymi murami obronnymi, Majowie zbudowali tutaj niewielkie miasteczko. W roku 1540 przybyli konkwistadorzy i wznieśli San Francisco de Campeche. Nazwa została zaczerpnięta od miasteczka majów Campe, które tutaj leżało. To stare miasto w opisach miało ponad 3000 domów i różnych budowli, z których niestety niewiele śladów pozostało. Wysiadamy na dworcu i jedziemy w obręb starego miasta, które dziś — jak przed wiekami — otaczają mury obronne, siatka ulic jest niezwykle precyzyjnie wytyczona, a zabytki, mimo że ich najlepsze czasy przeminęły, nadal urzekają i pozwalają sobie wyobrazić jak potężny musiał to być w czasach władzy hiszpańskiej ośrodek miejski. Czytaj więcej

 Bardzo długa podróż autobusem sprawiła, że czujemy się wyczerpani. Kilkanaście godzin w podróży. Wszystkie informacje jednak wskazują, że warto było się przemęczyć, dojechać aż pod granicę z Gwatemalą, aby zobaczyć ruiny Palenque. Meldujemy się w hotelu, prysznic (w końcu ciepła woda!) i ruszamy zwiedzać miasto. W gruncie rzeczy niewiele tutaj jest do zwiedzania. Niemniej spacer i próba znalezienia kantoru pozwoliły poznać topografię miejscowości. Łapiemy minibus oznaczony jako „Les Piramides” i jedziemy na teren kompleksu archeologicznego.

Ruiny miasta Majów odkryto w roku 1746. Wchodzimy na obszar zony archeologicznej i pierwsze wrażenie: warto było tutaj przyjechać. Świetnie zachowane piramidy, można na nie wejść, zrobić zdjęcia, przyjrzeć się. Największe wrażenie robi tzw. Świątynia Inskrypcji. Pomimo że piramida była przez wiele lat badana przez naukowców, dopiero w 1952 roku meksykański archeolog Alberto Ruz Lhuillier odnalazł kryptę grobową króla Pakala, do której wejście ukryte było pod podłogą świątyni. Na kamiennej płycie sarkofagu znajduje się słynny relief władcy nazywany też „kamieniem astronauty”, gdyż według niektórych pseudonaukowców przedstawiona na nim postać siedzi za sterami rakiety. Swoją drogą chyba żaden inny kawałek kamienia nie doczekał się tak wielu zwolenników „kosmicznego” pochodzenia cywilizacji prekolumbijskich. Świątynia zbudowana została na piramidzie schodkowej o wysokości 16 m złożonej z dziewięciu stopni. Szerokość świątyni wynosi 23,4 m. Wejścia do niej mieszczą się pomiędzy sześcioma filarami ozdobionymi dawniej postaciami wykonanymi ze stiuku. Nogi postaci wykonane były w formie głów węży (do dnia dzisiejszego pozostały jedynie fragmenty tej dekoracji). Po obu stronach wejścia wykuto 620 hieroglifów, od nich pochodzi nazwa świątyni. Czytaj więcej

Poranek. Łapiemy autobus i ruszamy. Naszym celem jest jeden z najbardziej niezwykłych kompleksów ruin w Meksyku — słynne tak w przeszłości, jak i dziś — Monte Alban. Po dotarciu na miejsce nieco rozpadającym się busikiem kupujemy bilety i wchodzimy na teren wykopalisk. Wielki obszar sprawia, że turystów jakby nie było widać, a dodatkowo wrażenie ogromu miasta wzmaga świadomość, że to, co widzimy, to około 10% całego kompleksu. Ogromne i „rozłożyste” piramidy pną się ku niebu i w pewien sposób „rozpełzają” po całym kompleksie. Wkraczamy między ruiny, które chyba jak żadne dotychczas przytłaczają swoim rozmiarem. Czytaj więcej